poniedziałek, 27 kwietnia 2015



TE OCZY


Niebo rozciął potężny zygzak błyskawicy- oślepiająca jasność wypełniła zamek. Siedział na gałęzi drzewa przed pałacem, czekał. Obserwował ją, a burza szalała. Nowa fala deszczu gruchnęła akurat w murowany taras pałacu, gdzie stała. Stała jednak dalej, zaciskając palce wokół poręczy ażurowej barierki z piaskowca. Już dawno przemokła, mundurek strażniczki królewskiej oklapł. Ubranie kleiło się do ciała, skutecznie każde jego załamanie oblepiając. Kobieta wyglądała na rozbitą, bez nadziei, otępiałą. Z jednej strony była tak zdołowana, że niepodobna do Inner Senshi, zwyczajowo twardych. Miała jednak energię osoby niestrudzonej długą i ciężką drogą. To była druga strona- desperacko gromadzona, jakby ze wszystkich błysków i grzmotów siła, siła niepodobna do Inner Senshi, siła Księżniczki. I te oczy… Uważał, że wyglądała pięknie. Mokra jak szczur, rozżalona, nieobliczalna, ale piękna. Mógłby tak patrzeć na nią ciągle, aż do skończenia świata- jego stormy lady.

- Nephrite- głos przeciął powietrze jak stal, trafiając go z dokładnością.

Ciemność wydawała się chwiać, kiedy kolejna błyskawica rozdarła niebo.

- Już czas…- dodał oświetlony krótkim przebłyskiem jasności mężczyzna.

Nephrite zeskoczył z drzewa. Wykazał się przy tym dużo większą gracją, niż ta, o którą można by go podejrzewać. Niebieskie oczy generała błyszczały na tle ciemnego uniformu i nocnego nieba. Wykrzywił usta w grymasie, potem głęboko westchnął i schylił się, żeby sięgnąć swojego miecza. Trzeba było ruszać, Beryl wzywała. Nim odszedł to jeszcze raz popatrzył za siebie, na Jupiter, w te oczy- bezlitosne i łagodne, wściekłe i wybaczające, zmysłowe i dzikie równocześnie. Przez te oczy nie mógł się skupić, walcząc, bo stale je widział. Miał omamy do tego stopnia, że kiedy Jupiter zobaczył naprawdę, nie wiedział czy to już jawa czy wciąż tylko sen. Ale nie jawa, rzeczywistość- krew była na jego rękach, krew była na jej rękach, jego krew. Drżała, nie płakała, ciągle się powstrzymywała, ale on i tak widział łzy na jej policzkach. To te oczy… wszystko wyrażały- ból, cierpienie, troskę, wściekłość, przebaczenie, rozczarowanie. Błagały go, żeby jej nie opuszczał, trzymał ją i tu został, jak gdyby krzycząc ,,do diabła ze wszystkimi i wszystkim wokoło!” Było tam, w jej oczach, głębokie uczucie- uczucie do niego. Ale jakie uczucie? Miłość… albo nienawiść. Śmieszne, przecież to dwa różne słowa. A jednak nie wiedział i, o złośliwy losie, sam czuł coś podobnego. Nie miał więc pojęcia co czuje ona i co czuje sam. Cokolwiek to było, źle wróżyło i powinien spłonąć za swoje emocje na popiół- i spłonie. Nigdy nie płakał, ale teraz miał ochotę. Jeszcze by przy tym krzyczał, wściekał się i miotał, biegnąc do tych jej oczu. Co za głupie, ryzykowne i opętańcze uczucie nim próbowało zawładnąć. Chyba zwariował, tak, musiał zwariować, bo to wszystko stanowiło istne szaleństwo. W każdym razie już koniec, umierali, a jeśli się kiedyś spotkają znowu, zabije ją szybko. Dzięki temu nie zdąży mu w głowie pomieszać. Zaraz… Czy nie miał dzisiaj tak właśnie zrobić? Nieważne, pozbędzie się jej i tego uczucia. Gdyby tylko wiedział, co to uczucie oznacza i gdyby wiedział, kim ta Inner Senshi dla niego była…

Burza osiągnęła swoje apogeum. Wiatr chłostał, smagał bez ograniczeń, a deszcz bębnił głośno o bruk. Drzewa huśtały się z bezmyślnym entuzjazmem do symfonii grzmotów i błysków. Masato Sajouin usiłował przebić wzrokiem kurtynę rzęsistego deszczu. Bez niego i tak było ciemno na ulicy, ale ostatecznie mężczyźnie udało się znaleźć jakąś kawiarnię. Z trudem zamknął parasol, strząsnął nagromadzoną wodę, chwycił klamkę i wszedł do środka. W progu uderzył go zapach świeżo mielonej kawy, przyjemny dla ciała i ducha. Zachęcony silnym aromatem i widokiem zza okna, usiadł. Siedząc, zaczął pomieszczenie wzrokiem świdrować. Jako agent nieruchomości lubił oglądać wnętrza, nawet wnętrza małych kawiarni. Automatycznie oceniał, porównywał, kategoryzował- ot takie zboczenie zawodowe. A wnętrze było typowo japońskie, minimalistyczne, bez zbędnych dekoracji. Stół i krzesła prezentowały się nowocześnie, ale talerze i kubki, w kwiaty, sprawiały wrażenie antykwarycznych. Nad wejściem wisiała kamea z reliefem bogini góry Fudżi. Pośrodku sali stał zaś posążek Buddy. Ogólnie to ziemiste kolory dominowały, współgrając bezbłędnie z bielą ścian i nielicznych kanap. Całość oświetlały jedynie lampy, zawieszone po bokach, we wnękach. Masato Sajouin oglądał tą całość wnikliwie. Innymi słowy oglądał wnikliwie wszystko i siłą rzeczy, w końcu zauważył siedzącą samotnie przy stoliku dziewczynę. Była wysoka, ładna, miała brązowe włosy i nosiła szkolny mundurek z beżową spódniczką. Chyba zmokła, bo ubranie się jej trochę lepiło, ale, co bardziej ciekawe, wyglądała na wściekłą. Trzęsła się, ale nie płakała. I te oczy… Gapił się na nią jak ciele w malowane wrota. On, otoczony bez przerwy pięknymi, dojrzałymi, wyrachowanymi kobietami gapił się na zwykłą nastolatkę i jeszcze był nią kompletnie zauroczony.

- Śmieszne…- prychnął do siebie, wzrok w bok ściągając.

Ale wrócił nim na nowo, patrząc już całkowicie poważnie, niczym zahipnotyzowany. Do tego przeżywał swoistą incepcję- jak gdyby mu się wydawało, ze już mu się kiedyś wydawało, że zna ją doskonale. Niemniej przyszło jeszcze inne odczucie, tym razem świeże. Otóż chodziło o wrażenie, że jeśli teraz do niej nie podejdzie to nastąpi ,,koniec”. Nie umiał sprecyzować jaki ,,koniec”, ale wiedział, że tego ,,końca" nie chce.

- Mogę się dosiąść?- zapytał więc chwilę pójźniej szatynki Masato.



THE END

środa, 22 kwietnia 2015



BIAŁA RÓŻA

Rozdział LIII


Wyszło fatalnie, beznadziejne, niesamowicie okropnie. Diamond to wiedział i dlatego, po rozmowie z Usagi, szybko przyleciał do Tokio. Lot mu się dłużył, był praktycznie koszmarem. Musiał siedzieć biernie, nie mogąc nic zrobić i przez to intensywniej myśląc. A myśli i bezczynność go zabijały, powoli, stając się totalną udręką.

,,Di, nie przylatuj. To koniec…”- słyszał ciągle głos Usagi mężczyzna.

Głos drżący, zrozpaczony odtwarzał się mu w głowie niczym jakieś nagranie, bez przerwy. Szło wręcz zwariować. Zamknął więc oczy, twarz ku dołowi schylił i czoło na dłoni oparł.

,,Di, nie przylatuj. To koniec… Di, nie przylatuj. To koniec… Di, nie przylatuj. To koniec…”

Trzask. Ściśniętą dłonią mocno w kolano uderzył. Chciał już być na miejscu, wbiec do salonu, chwycić Usagi i powiedzieć, że nie pozwoli jej odejść. Zamiast tego…

- Jak to możliwe, że nikt nie wie gdzie jest moja żona!?- krzyczał, pretensjonalnie rozkładając ręce.

Miotał się bezwładnie po salonie, wściekły, między kanapą, na której siedziała płacząca Ikuko z obejmująca ją Ami, a fotelami, zajmowanymi przez całkowicie nieruchomą Makoto i refleksyjnie wyciszonego Safira. Ulokowana z boku oparcia kanapy Rei gwałtownie wstała, ręce pod biustem złożyła i parę kroków w stronę Diamonda zrobiła.

- To chyba najlepiej powinien wiedzieć jej mąż- skomentowała głosem dość sarkastycznym.

Diamond nie zamierzał jednak pozwalać na złośliwe drwiny. Jego twarz się spięła, brwi załamały, wzrok silnie wyostrzył.

- Zrobiłeś dziecko obcej babie!- nim zdążył skontrować, zauważyła.

- Nie zrobiłem…- odparł zajadle i po chwili umilkł.

- Tzn…- chciał zacząć na nowo, ale Rei mu w tym już przeszkodziła.

- Jasne, zrobiło się samo..- rzuciła lekceważąco, tonem wprost idealnym dla chłodnego wnętrza salonu rezydencji Kentaro w Tokio.

Diamond zaś ją taksującym spojrzeniem obrzucił. Chmury burzowe między tym dwojgiem zawisły. Rei czekała tylko drobnego pretekstu żeby wybuchnąć, a Diamond resztkami woli powstrzymywał cisnące się mu na usta słowa. Twarz białowłosego sporo chyba i tak wyrażała, bo Minako i Berthier, jednocześnie, porozumiewawcze spojrzenia sobie przesłały. Wtedy Aino zdecydowała zareagować.

- Uspokójcie się oboje- powiedziała, odgradzając Rei i Diamonda blondynka.

- Minako ma rację- przyznał, wychodzący zza pleców żony Mamoru- Ochłońmy i rozważmy wszystko na spokojnie.

Brunet bliżej Diamonda się ulokował, na co ten prychnął ironicznie i twarz w jego stronę obrócił.

- Co tu rozważać? Wyszła, jak stała, zniknęła, jak wyszła. Nie podjęła pieniędzy z konta, nie zarezerwowała żadnego biletu na swoje nazwisko…- mówił, a w jego głosie pojawiało się głębokie rozgoryczenie.

- Diam…- wyartykułował, pojednawczo kładąc dłoń na ramieniu jasnowłosego Mamoru.

Poza sylabę jednak nie wyszedł, bo Diamond, ni stąd ni zowąd, obsesyjnie i błyskawicznie, go za górę koszuli chwycił. Na ten gest podniósł się Safir, a reszta, wrzask i tumult dookoła.

- Może Ty wiesz gdzie ona jest, co!?- krzyczał, kurczowo bawełniany materiał ściskając Diamond.

- Co robisz?- dało się niemal jednocześnie Safira słyszeć.

Dopadł starszego brata i wtedy zadzwonił telefon. Wszystkie głosy naraz ucichły i wszyscy naraz, zostając, jak byli, znieruchomieli. Po pewnej chwili hipnotycznego transu, równocześnie, tknięci tą samą myślą, się w stronę aparatu zwrócili. Jednak to Diamond, puszczając Mamoru, runął do przodu i słuchawkę chwycił. Odetchnął głęboko, nic jeszcze nie powiedział, a sam już usłyszał:

- Wiedziałam, że tam będziesz Di…

Mówiąc to Usagi się uśmiechnęła i oczy przymknęła. Trzymała je tak cały czas, kiedy Di mówił, prosił, tłumaczył. Swoją drogą mówił, prosił, tłumaczył, a ona nic nie komentowała.

- Powiedz  coś do cholery Usagi!- wrzasnął ostatecznie mężczyzna.

Kiedy wrzasnął to łza policzkiem kobiety spłynęła.

- Możesz dać do telefonu Ikuko?- zapytała  koniec końców, wprost i wyraźnie, oczy otwierając blondynka.

Jasnowłosy osłupiał. W końcu on się tu produkuje, wyznaniami na prawo i lewo rzuca, a ona? Ona: ,, Możesz dać do telefonu Ikuko?” Nie był zadowolony, ale też nie wiedział jakie wzruszenie się gorącem po wnętrzu Usagi rozlało. Wściekle więc wargę przygryzł, głowę opuścił i milcząc, słuchawkę Ikuko podał.

- Rany Boskie, dziecko…- zawyła nagle kobieta.

Podczas rozmowy nic konkretnego nie powiedziały. Generalnie to nie była rozmowa, bo Ikuko jajczyła, a Usagi przepraszała ją i dziewczyny za nagłe zniknięcie. Diamond w tym czasie chodził nerwowo, tam i z powrotem, by wreszcie zdecydować telefon Ikuko odebrać.

- Usa, nie wygłupiaj się! Mów natychmiast gdzie jesteś. Przyjadę i porozmawiamy…

- Powiedziałam Ci…

- Powiedziałaś mi, że jeśli odetnę się od Ann to będziemy razem… Odcinam się! Słyszysz!? Odcinam się! Mogę wejść na dach Mid Town Tower i wykrzyczeć całemu światu, że się odcinam.

- Nie Di- odparła Usagi, kiwając zrezygnowanie głową- Ty się nigdy już nie odetniesz.

Di zamarł, autentycznie zamarł. Nigdy nikogo się o nic tak jeszcze nie prosił. Zrobił to po raz pierwszy, i guzik.

- Powodzenia na nowej drodze życia. Nie szukaj mnie. Koch…

Chciała powiedzieć, że go kocha. Nie powiedziała. Wcześniej się rozłączyła, a łzy zaczęły spływać w ilości niemożliwej do opanowania. To były łzy zrezygnowanego pogodzenia z losem. Pogodzona czy nie, cierpiała. Nie cierpiała tak wcześniej, nawet w połowie, nawet w jednej czwartej, ba- dziesiątej. Wszystko inne strapienia wydały się nagle śmieszne. Pamiętała jednak, że w tych innych strapieniach zawsze znajdowała oparcie. Złożenie głowy na piersi Diamonda i objęcie jego silnych ramion było takie pokrzepiające. Niemniej teraz stosunki między nimi umarły, a właściwie to powinny umrzeć i równie dobrze mogła szukać pociechy u kogoś innego-  zwłaszcza jeśli ktoś inny do złudzenia przypominał jej męża. Zbieg okoliczności był tak absurdalny, ze aż nieprawdopodobny. Najwyraźniej w świecie wisiało tu fatum, a Usagi zostawało nic, jak tylko się mu całkowicie poddać.

Siedziała teraz na patio domu Tory, przez stolikiem z szarą kopertą, w wiklinowym fotelu, otulona kocem. Pogoda zepsuła się rano. Było chłodno, mokro i nieprzyjemnie. Powietrze działało jednak otrzeźwiająco, a tego Usagi potrzebowała. Raptm Tora wyrósł jak spod ziemi, z dwoma kubkami parującej kawy. Położył je na stoliku, a Usagi w tym czasie łzy wierzchem dłoni otarła.

- Jesteś piękna nawet kiedy płaczesz, Usagi- mówił przyglądając się jej badawczo jasnowłosy.

Zajmował już wtedy siedzenie obok.

- Nie płaczę- odparła, zmuszając się do uśmiechu blondynka.

Tora na to brwi pytająco uniósł.

- No dobrze- zgodziła się zaraz dziewczyna- Płakałam, ale już nie będę…

Mężczyzna ze szczerym uznaniem pokiwał głową i wzrok gdzieś na bok chwilowo przeniósł.

- Wybacz, że nie wykazałem się większą kreatywnością, ale pilne interesy mnie tutaj trzymają. Kiedy je skończę….- głos zawiesił i spojrzeniem, teraz łobuzerskim wrócił- możemy lecieć np. do Brazylii.

Tym razem kąciki ust Usagi się zupełnie naturalnie podniosły.

- Nie mogę nadużywać Twojej gościnności- powiedziała, z kubkiem gorącego napoju w jednej ręce wstając- Zresztą, co by powiedziała Twoja narzeczona…

Kiedy łyk kawy Usagi zrobiła Tora mocno chwycił ją i do siebie przyciągnął.

- Myślę o Tobie poważnie- rzucił, upewniwszy się, że Usagi prosto mu w oczy patrzy.

Usagi patrzyła, słyszała, ale nie wiedziała czy się aby nie przesłyszała. Niemniej lekki dreszcz jej wzdłuż kręgosłupa przeleciał.

niedziela, 5 kwietnia 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LII


Kawa jej smakowała, atrakcje krajobrazu pochłaniały i czas minął bardzo szybko, niewiadomo kiedy. O problemie ,,Di- Ann- ona sama- niewiadomo co i kto jeszcze” starała się usilnie nie myśleć.  Przy Torze, paradoksalnie, jej to wychodziło. Konwersacja toczyła się więc gładko, na luzie, bez cudacznej serdeczności i zrutyniałych gestów, impulsywnie, naturalnie dla nich obojga.

- Zostaję do jutra wieczór- mówił siedzący naprzeciw Usagi Tora- Spotkasz się ze mną przed moim wylotem?

Kobieta znieruchomiała i po chwili, cicho, ale wyraźnie i z wolna odpowiedziała:

- Nie powinnam…

- Nie powinnam- powtarzała leżąc w łóżku wieczorem- Nie powinnam się widzieć z nim dziś i zdecydowanie nie powinnam się widzieć z nim jutro.

Ale chciała. Był dla niej ukojeniem, lekiem na złamane serce, albo nie- był jej Diamondem sprzed iluś tam lat, sprzed okresów chronicznych kłótni i ustawicznych problemów.

- Di…- z bezgranicznym żalem westchnęła.

Ręce miała złożone pod głową, a spojrzenie utkwione w sufit. Leżała tak półptrzytomnie, nie mogąc otrząsnąć się z kłopotliwych myśli. Całą duszą chciała, żeby wbrew wszystkiemu, jakoś, jakimś cudem zapewne, Diamond nie był ojcem dziecka tej żmijii. Chcieć sobie jednak mogła, bo fakty same zbyt wiele mówiły. Mimo to Usagi nadzieję hodowała. Nie, żeby była naiwna czy głupia, nie. Ona po prostu chciała Diamonda dla siebie i z tego chcenia w głębi jej serca urosła, o ironio, beznadziejna nadzieja. Nadzieja dawała jasnowłosej siłę, nadzieja i furia. Te dwa uczucia właśnie: beznadziejna nadzieja i dzika, wśiekła, pełna nienawiści furia, Usagi pomagały, bo inaczej doświadczony nadmiar utrudnień, oszczerstw, łgarstw i przekrętów mógłby ją zaprowadzić w stronę ośrodka dla nerwowo chorych.

,,Niewinną udawałaś, co? Moralną? Szlachetną? Bezinteresowną? Eh, ty piranio. Niech Ci ta niewinność ością w gardle stanie”- zaklinała żywo dziewczyna.

Jej wzrok się momentalnie wyostrzył, a twarz z wściekłości napięła. Rozpacz na chwilę miejsca agresji ustąpiła. To dlatego, że Usagi w myślach Ann przywołała. Potem przywołała Torę i oblicze jej złagodniało. Dłońmi przesunęła od tyłu głowy po oczy, które na koniec zasłoniła.

- Jestem straszna- mówiła głośno dziewczyna- Jestem egoistyczną zołzą, poczwarą, małpą, kretynką i nie wiem, czym jeszcze, ale wszystkim okropnym…

Miała ogromne wyrzuty sumienia z powodu spotkań Tory. Niemniej dzięki niemu o swoich koszmarach na jawie zapominała. Czuła się przy nim dobrze. Ba, biorąc pod uwagę obecną sytuację, czuła się świetnie. Ale to nie tak, że czuła się świetnie dzięki zwierzeniom. Ona się mu nie zwierzała. Zresztą nie o to chodziło, żeby znaleźć osobę do zwierzeń. Usagi miała się komu zwierzać, ale nie chciała. W ogóle wcześniej robiła to bardziej z przyjacielskiej solidarności, aniżeli jakiejś wewnętrznej potrzeby. Rei by się przecież śmiertelnie obraziła, gdyby Usagi jakieś ważne fakty zataiła. Istniała więc pewność, że obrazi się teraz, kiedy Usagi o teście Di na ojcostwo nawet nie pisnęła. Usagi jednak chciała mieć spokój. Dość jej było krzyków we własnej głowie, żeby jeszcze cudzych słuchać. Potrzebowała  wsparcia, ale nie osoby do wygadania. Chodziło o człowieka spoza tematu, który od tak, swoją prezencją, sprawi, że poczuje się lepiej. I wtedy z nieba zleciał jej Tora, który nie pytał, nie drążył, nie pouczał, nie żałował. Po prostu był i do złudzenia przypominał Diamonda. Mężczyzna wyzwalający u niej te same emocje, pociąg i ogień, tkliwość i wściekłość, potrzebę czułości i chęć mordu, jej drugi Di- Tora. Jakże ją jej uczucia nękały, stanowiąc swoiste wyrzuty sumienia wobec Di- za stosunek do Tory, wobec Tory- za wykorzystywanie jako substytutu Diamonda, wobec dziewczyn i Ikuko- za tajemnice. Gdyby jeszcze dodać aktualne problemy to wychodził z tego istny kociokwik. Nic więc dziwnego, że ciężko było Usagi zasnąć. Ale zasnęła.

,,Doprawdy jestem egoistką”- następnego dnia pomyślała, jakby reasumując swoje rozważania.

Właśnie była w pracy. Starała się zachowywać normalnie, tym bardziej, że Ikuko dziwnie na nią patrzyła. Chyba jednak ogólnym kłopotom jej stan przypisała. No ale, ostrożności nigdy za wiele i trzeba normalnie żyć. W ramach normalności Usagi wzięła nawet zaległą pocztę do przejrzenia w pracy. Nomen omen i tak nie zdążyła, bo zajęć sporo, a potem… Potem poszła na spotkanie z Torą.

Na spotkaniu było, jak dnia poprzednia, z tym, że Usagi się już nie przejmowała czy ktoś ją zobaczy. Miała przecież prawo przebywać z ludźmi, a co. Ogólnemu rozluźnieniu kobiety sprzyjało też pewnie sake, którego wczoraj nie piła. Gdy jednak telefon zadzwonił, a Usagi kto i o jakiej godzinie się dobija spostrzegła to strach ją za gardło chwycił. Przeprosiła Torę i odeszła ku wyjściu, śmiertelnie blada. Wiedziała, ze to moment, kiedy los jej małżeństwa zostanie przesądzony. Drżącą ręką więc odebrała i mimo, że się najgorszego spodziewała to słowa męża i tak były dla niej jak grom z jasnego nieba. Usagi nie wiedziała co robić. Świat dookoła zaczął wyglądać jak czarna, niepojęta otchłań. Dusiła się, musiała stamtąd uciec, znaleźć jakąś granicę, oparcie. Uczucie wielkiego bólu się po jej wnętrzu rozlało, gdy opętańczo schodami knajpy zbiegała. Widziała ciemność bez końca, szukała czegoś, żeby się wesprzeć, ale było nic, tylko ona. I raptem mocny zacisk palców wokół nadgarstka poczuła. Obróciła się i wtedy, trzymający ją, blondyn znieruchomiał. Miał przed sobą kobietę w stanie skrajnej rozpaczy, którą to ta kobieta usilnie próbowała opanować.

- Co Ty wyprawiasz? - pytał bezgranicznie zdumiony mężczyzna.

Usagi zaś jakby resztki równowagi umysłu straciła i objawów pomieszania zmysłów dostała.

- Tora, zabierz mnie stąd...-  mówiła, wolną ręką jego koszuli chwytając- Nie chcę być w Tokio. On tu przyleci, wszyscy będą mi perswadować, ja się zgodzę, bo chcę, żeby było, jak dawniej. Ale nie będzie, jak dawniej. Przez nią, nigdy nie będzie jak dawniej!

Usagi rzucała słowa szybko, niezrozumiale, chaotycznie, jakby w niej wszystkie tamy pękały.

- Uspokój się- mówił, przerażony jej nagłym obłędem Tora- I powiedz jasno: o co chodzi?

- Nie pytaj, błagam!- rozpaczliwie krzyczała blondynka- Tylko zabierz mnie stąd jak najdalej, gdziekolwiek, bo zwariuję…

poniedziałek, 23 marca 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LI


Zaskoczyło go to tak, że aż znieruchomiał. Tkwił chwilę, sztywno wyprostowany z  wyraźnie poszerzałymi oczami. Nie widział co myśleć. Doprawdy, dla niego, ta kobieta była interesująca.

- Tora-san?- usłyszał nagle swoje imię mężczyzna.

Obrócił się przez ramię w stronę, z której dobiegł go głos ciemnowłosej. Chiyo stała u wpół otwartych drzwi rozległego salonu. Tora zaś był dużo dalej, w głębi pomieszczenia, vis-a-vis ustawionej na środku sofy. Rozmawiał jeszcze z Usagi- że z Usagi, kobietą, którą widział dwa razy, a chciałby zdecydowanie więcej, oczywiście nie głosił. Niemniej kiedy narzeczoną przy wejściu spostrzegł to gestem uniesionej ręki pokazał, że sam zaraz do jadalni zejdzie. Chiyo zrozumiała i poszła, a Tora rozmowę ciągnął. Gdy skończył, obie ręce do kieszeni włożył. Z nieodgadnionym, enigmatycznym wyrazem twarzy ścianie naprzeciw się zaczął przyglądać. Raptem brwi opuścił, spojrzenie wyostrzył i powoli, powolutku kąciki warg sielsko uniósł. Tak wesół guzik marynarki zapiął i wyszedł, za Chiyo, do państwa Sakurai, którzy oczekiwali w jadalni swojej rezydencji na przedmieściach Kyoto.

Późnym popołudniem tego samego dnia Tora lądował już w Tokio. Wymówił się zawczasu wizytą u ojca, więc żadnych pretensji pod jego adresem nie było. Główny cel przylotu Tory do Tokio, w ogóle Japonii, stanowiła jednak Usagi. Mieli się spotkać pod pomnikiem Hachiko na stacji Schibuya. Usagi to zaproponowała bez namysłu, odruchowo- od takie przyzwyczajenie, bo wszyscy się tam umawiają. Tyle, że ona się tam pierwszy raz umówiła z Diamondem. Oh palące wspomnienie, ale trudno- słowo się rzekło, pod Hachiko to pod Hachiko.

Tora przyszedł pierwszy, Usagi tuż za nim. Miała włosy związane w kucyk, czyli całkiem inaczej niż zwykle, i zasłaniające pół twarzy, ciemne okulary. Tora, kiedy ją zobaczył to prychnął i się po swojemu uśmiechnął. Jej zaś na ten widok jakby zaczęło być lżej w środku. Z dziwnym uczuciem spokoju podeszła i przystanęła, nieco wyborem odpowiedniego sposobu witania strapiona. Nie była onieśmielona, nie Usagi, raczej skołowana, ale, że Tora, nim zdążyła powiedzieć ,,ohayo”, jej rękę chwycił to dalszego zastanawiania kompletnie oszczędził. Trzymając dłoń Usagi, w ukłonie zawisł i na twarz blondynki łobuzersko spojrzał.

- Czyżby słońce było dziś aż tak mocne, Usagi?- pytał z oczywistą ironią i wesołymi ognikami w oczach mężczyzna.

Na przekór wcześniejszym łkaniom i ogólnej beznadziejności Usagi się uśmiechnęła.

- Jeśli tak to nie zauważyłam- odparła, gdy jasnowłosy swoje usta, po szarmanckim pocałunku, od jej dłoni już cofnął.

Rękę blondynki niemniej wciąż trzymał. Na buzię dziewczyny przy tym ostentacyjnie patrzył, jak gdyby chciał przez okulary jej oczy dojrzeć. Koniec końców wolną dłoń uniósł, żeby zausznik chwycić, a wtedy Usagi rękę zerwała i w proteście, dłoń jasnowłosego do swojego policzka niechcący przyłożyła. Nagle, jakby impuls, wzdłuż ich ciał przeszedł. Poszerzyli oczy oboje, to było, niczym objawienie i gdy tak chwilę vis-a-vis stali, wpatrzeni z ujętymi dłońmi, czuli, ten prąd, który zaczął im się w różne strony ciała rozchodzić. Przerażona własnymi wrażeniami Usagi rękę cofnęła i głowę tak przechyliła, by Tora jej policzek puścił. Zrobił to, mało tego- puścił też drugą rękę Usagi i swoje dłonie do kieszeni wsadził. Akurat wtedy Usagi wzrok przechodzącej długowłosej spotkała. No i krzyżowy ogień spojrzeń miał miejsce: ona na Usagi, Usagi na nią, ona na Torę, Tora na nią, Tora na Usagi, Usagi na Torę, a kobieta poszła.

- Znasz ją?- pytał sucho mężczyzna.

Usagi przepraszający za wcześniej uśmiech na twarz przywołała.

- Z widzenia- odparła nadzwyczaj łagodnie dziewczyna.

- A ona Ciebie?- drążył, niby obojętnie Tora.

- Z widzenia- powtórzyła równie spokojnie Usagi, chociaż przez moment, sekundę, jasnowłosy błysk nienawiści w jej oku widział.

Patrzył więc teraz podejrzliwie na nią, i to patrzył tak, jak patrzyłby Diamond. W Usagi aż drgnęło. Mężczyzna to zauważył i się odezwał, krok do przodu, ku Usagi robiąc.

- Idziemy gdzieś na kawę? Herbatę, sake, szampana? Okonomiyaki?

Stał blisko, a ciepło, które od niego promieniowało przyciągało ją z wielką mocą.

- Właściwie…- zaczęła po słowie westchnąwszy- Chciałam Ci tylko podziękować i oddać pieniądze.

Usagi mówiła niezwykle trzeźwo, jak na kotłujące się w jej głowie myśli.

-  Daj spokój Usagi- odparł z przekąsem mężczyzna - Wiesz, że nie przyjechałem po to do Tokio, a Ty nie po to tu do mnie przyszłaś.

Usagi ciało na te słowa gwałtownie wyprostowała. Taka bezpośredniość, tak- nie mogła się nie uśmiechnąć po raz kolejny dnia dzisiejszego. Być może przed snem pozwoli rozpaczy jeszcze zawładnąć umysłem. Ale nie teraz, teraz ma swojego Di, Di bez Ann i Mamoru, Di bez problemów z teraźniejszości i przeszłości.

środa, 18 marca 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział L


Było bardzo późno, kiedy Usagi leżała na łóżku w swoim pokoju w Tokio. Urządziła sobie wcześniej przemyślną kąpiel enzymatyczną, ale stanu spokoju umysłu nie osiągnęła. Generalnie to już dawno stwierdziła, że urodziła się chyba nie w tym kraju co trzeba. Te wszystkie japońskie rytuały wychodziły jej dosłownie bokiem, a o stanowisku względem piastujących ważne funkcje kobiet nawet myśleć nie chciała. Rzuciła się więc tuż po kąpieli na kołdrę i z jedną ręką pod głową, a drugą przy telefonie, wzdłuż ciała, zaległa. Stopy wokół kostek skrzyżowane trzymała, a nieokryte niczym do linii pośladków nogi, gołe pozostawały. Dzień był wykańczający, bo spotkała mnóstwo ludzi, z Mamoru włącznie, a buzia ją od tłumaczeń bolała. Nie powiedziała jednak wszystkiego nikomu, ale i tak kwestie osobiste za odhaczone uznała. No, prawie, bo nie wiedziała, jak telefon zwrotny do Tory klasyfikować. Myślała nawet, żeby porozmawiać z nim teraz. W Londynie było przecież wcześniej, mogła zadzwonić i mieć sprawę z głowy. Jeszcze tylko Usagi osoby czwartej, ba, piątej jeśli Mamoru liczyć, do tej Sodomy brakowało. Pomysł wyglądał dobrze, ale Usagi konieczność obdzwonienia Diamonda raptem odczuła. Tak dla samej siebie, żeby uspokoić wyrzuty z Torą związane. Zadzwoniła więc do męża w Londynie.

I to, kogo plus co usłyszała było, niczym piorun z jasnego nieba. Blondynka poczuła nagle, jak się jej zawartość żołądka kilkakrotnie przewraca. Zimny dreszcz przebiegł ją od góry po kręgosłupie i jako uczucie chłodu wewnątrz ciała pozostał. Do tego dziewczyna osłupiała zupełnie, osłupienie jej gardło związało i się do Ann nie odezwała. Ann połączenie przerwała, a Usagi, z telefonem w ręku i poszerzonymi oczyma zastygła. Sugestywny obraz jej świat przysłonił i dopiero po chwili, nieśpiesznie zaczęła umysłowo i fizycznie wracać. Kiedy wróciła, dla odmiany, skoczyła przed siebie jak spłoszona łania. Kręciła się wokół sypialni, rzeczy z miejsca na miejsce przekładając. Nie mogła usiąść, musiała coś robić, żeby we wściekły obłęd nie popaść. Kiedy tak się z elementami dekoracyjnymi miotała to zdjęcie swoje i Diamonda z szuflady wyciągła. Przypomniała sobie, że dawno temu, po jakiejś kłótni, je do szuflady schowała. Trzymając fotografię teraz, absurd w nią z nową mocą uderzył. To było zbyt okropne, by być możliwe.

,,Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe”- powtarzała w myślach blondynka- ,,Niemożliwe, żeby się wszystko tak przeciw nam sprzysięgło. Wykluczone!”

A jednak…

Usagi chwyciła zostawiony na kołdrze telefon. Dolną wargę przygryzła, podbródek zniżyła. Lewą ręką nerwowo włosy za ucho zgarnęła, a prawą na nowo numer wybrała. Nim jednak połączenie nawiązało Usagi się rozmyśliła i je anulowała.

,,To on powinien zadzwonić do mnie i powiedzieć, że się z nią widział. Nawet jeśli Ann zmyśla… nie, nie nawet. Ann zmyśla…. tak, Ann musi zmyślać. W każdym razie, jeśli do niego przyszła i cichaczem mu telefon wykradła to kiedy wyjdzie, Di powinien zadzwonić”- dumała, samej zaraz swojej wypowiedzi przyświadczając- ,,Tak, Di powinien zadzwonić i mi powiedzieć, że się z nią widział. Poczekam”

Usiadła więc na brzegu kanapy, próbując uspokoić krzyczące w jej głowie myśli. Mimo tych wysiłków, oddychała z trudem. Bała się. Wbrew temu do czego siebie przekonywała to bała się, że Ann tym razem nie zmyśla. Chciała oczywiście w tą wersję wierzyć, ale widziała tu pewną irracjonalność, która teorię ,,zmyśla” mocno dewaluowała.

,,No bo po co?”- Usagi się zastanawiała- ,,Przecież takie kłamstwo od razu by wyszło…”

Nie miała już sił. Wszystkie fakty, zachowania, zdarzenia, zbiegi okoliczności były przeciwko niej. A Ann… Ann najgorszego życzyła, ale gdyby Ann była z Di w ciąży…

,,A niech Cię, Ann Reiter…”- myślała i na łóżko, plecami padła.

Dzięki temu, że minionego dnia się śmiertelnie zmęczyła, zasnęła, przerażona i wściekła. Obudziło ją wdzierające się między liście miłorzębu za oknem słońce. Kiedy otworzyła oczy, zadrżała. Padła w nocy jak długa, bez kołdry, którą się teraz porządnie otuliła. Zaraz jednak znowu ciałem wzdrygnęła, tyle, że nie z zimna, a na wspomnienie słów rudowłosej. Liczyła sercem, przeciwko podszeptom głowy, że się wszystko jakoś w końcu ułoży. Były to niemniej pobożne życzenia.

- Kiedy wyniki?- pytała trzęsącym się głosem Usagi, bo Diamond chwilę później zadzwonił.

-Żądałem badania ekspresowego, czyli do 48 h od momentu złożenia próbek. Więc za jakieś 40…- przerwał, a cisza między nimi zapadła.

- Usa, nawet jeśli…- kontynuował, bardziej żywiołowo mężczyzna.

- Nie, Di- odparła rozpaczliwie, lecz stanowczo Usagi, kiedy łzy po jej policzkach ściekały- Daj znać, jak będziesz wiedział.

I się rozłączyła, a Diamond zwyczajnie zastygł. Po otrzeźwieniu komórkę odłożył, miejsce na kanapie zajął i twarz w dłoniach ukrył. Usagi, która podczas rozmowy też stała, na ziemię się osunęła. Nie wiedziała co robić, płakała, jak nigdy, bo czuła, że to już koniec. Innymi słowy miała nieodparte wrażenie, że się ich związek właśnie ostatecznie rozpadł. Z minuty na minutę jednak mniej łez wylewała i kiedy po godzinie zadzwonił telefon to mogła już z człowiekiem  rozmawiać- a przynajmniej tak myślała. Nostalgicznie więc na ekran zerknęła, głęboki wdech powietrza wzięła i wierzchem dłoni policzki przetarła.

- Tak, słucham?- powiedziała niepewnie dziewczyna.

Usiadła jednocześnie na łóżku i zgięła wciąż gołe nogi.

- Miałaś zadzwonić…- usłyszała po chwili głos, który brzmiał nieco szorstko.

Poznała go momentalnie.

- Przepraszam, ja…- zaczęła i rozpłakała się nagle żałośnie.

Tego się sama po sobie nie spodziewała. 

środa, 11 marca 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział XLIX


Wedle planu Ann krew miała zostać błyskawicznie zbadana, a pobrany w ten sposób materiał, do istniejącego już profilu genetycznego włączony. Mniemany profil genetyczny był jednak pod danymi Geralda Walkera, Anglika, lat 23, z jego prawdziwym DNA założony. Działanie musiało więc na wymianie DNA w bazie polegać. Ekstrakcja z próbek dostarczonych przez Ann nie była do dnia następnego, kiedy to Diamond sam miał materiał oddać, możliwa. Niemniej pracę zaczęto szybko i Ann się ,,swojego” wyniku przed oficjalnym wynikiem Di spodziewała. Oficjalny wynik Di obok nazwiska Walkera wg planu lądował. Do tego próbkę, którą wedle zapatrywań Ann Diamond powinien dzień później złożyć, należało również szczególną opieką otoczyć, a konkretniej dane Walkera na nią wprowadzić tak, żeby się wszystko z podmienionym profilem genetycznym zgadzało. Nie mogło jednak brakować próbki Diamonda, który ją przecież legalnie do badania oddał. Dlatego trzeba było prawdziwej próbki Geralda Walkera. Tak się składało, że robiący interesy z Ann lekarz był stałym bywalcem Walkerów w charakterze służbowym. Gerald bowiem chorował od urodzenia i bezbolesne pobranie wymazu z policzka pacjenta nie stwarzało żadnych trudności. Lekarz zrobił więc swoje i czekał, aż Ann da mu znać, które laboratorium odwiedzi. Pan doktor nie działał bowiem sam, był bardzo socjalny i lubił współpracę. Dzięki współpracy właśnie miał wejścia w każdym laboratorium w Londynie. Ann nie musiała się więc martwić, gdzie Diamond zechce ich próbki przesłać, bo, co do tego, że jej sugestii nie posłucha, wątpliwości nie miała. Teraz zostało jej więc tylko siedzieć i czekać, aż białowłosy zadzwoni albo przyjedzie.

Przyjechał. Kiedy z wnętrza domu Ann zobaczyła, że samochód Diamonda obok werandy stanął to jakby blask zaczął bić jej od środka. Chwilę później rozległ się dzwonek, a Ann, podekscytowana ruszyła otworzyć. Biegnąć do drzwi jeszcze, na sekundę, przed lustrem stanęła, włosy poprawiła i zaraz, radosna jasnowłosemu otwarła. Jasnowłosy stał nonszalancko wsparty o framugę, z ułożonymi w kieszeniach spodni rękoma. Widząc Ann ciało wyprostował i bez przywitania, słowa, uśmiechu wszedł do środka. Ann ten nietakt mimo uszu puściła, drzwi za nim zamknęła i przodem do jego pleców stanęła. On wtedy odwrócił się i spojrzał wprost na nią. Był spokojniejszy niż wczoraj i dlatego powoli, dyplomatycznie, ale też chłodno i z dystansem mówić do Ann zaczął.

- Oddamy próbki, ale bez żadnego wysyłania pocztą, tylko osobiście. Zbieraj się.

Rudowłosa zerknęła na niego uważnie, rozwlekle i być może trochę zaczepnie, bo złość gwałtownie w jego oczach mignęła.

- Znam pewne rzetelne laboratorium- mówiła, chwilę nawet spojrzeniem mężczyzny przestraszona dziewczyna- Możemy…

Nie skończyła jednak, bo Diamond brwi zmarszczył i dla odmiany, z namysłem się jej przyglądać zaczął.

- Znajomy lekarz polecił mi już kogoś i tylko do tego kogoś pójdziemy- wyjaśnił lodowato mężczyzna.

Rzeczywiście polecił. Kiedy Diamond zadzwonił rano mówił: ,,Badanie DNA? Nie jestem genetykiem Diamond. Przykro mi. Możesz zrobić test w różnych laboratoriach. Jeśli chcesz to znam kogoś w DNA Diagnostic Center”

Po chwili ciszy Ann ,,ok.” przymilnym, słodkim jak miód głosem powiedziała.

Nie minęła godzina, a już do DNA Diagnostic Center dojeżdżali. Ann znała Londyn  gruntownie i wiedziała, że teraz, na tej trasie jest tylko jedno miejsce możliwe. Wyciągnęła więc jakby od niechcenia telefon i sms-a napisała. Był jednak tak krótki, bo trzyliterowy i ciężko było myśleć, że w tym czasie coś rzeczywiście wysłała. Mimo to Diamond kątem oka jej zachowanie śledził. Koniec końców nic nie powiedział i prowadził samochód dalej. Ann z kolei komórkę schowała i przy głośnym westchnięciu głowę prosto na oparciu siedzenia ułożyła. Zaraz jednak twarz w bok przekręciła i z łagodnym uśmiechem się odezwała.

- Powiesz mi wreszcie dokąd jedziemy?

Niemniej Diamond jak skała milczał i jedynce co w odpowiedzi zrobił to gwałtownie skręcił. Kiedy do celu wreszcie z Ann dotarł, szybko właściwy gabinet znaleźli. Siedzieli w nim przy biurku, naprzeciw znajomego znajomego Diamonda, który akurat im różne kwestie wyjaśniał.

- Tak, test potwierdza ojcostwo z niemal stuprocentowa pewnością…

- Nie, może to być nawet szczoteczka…

- Tak, pobieramy płyn owodniowy z łożyska…

Gdy tak mówił to znudzona Ann świecący ekran telefonu między kurtkami na wieszaku zauważyła. Niby oboje z Diamonem dźwięk wcześniej wyłączyli, ale aktywny wyświetlacz komórki było przez cienki materiał czasami widać. Spostrzegłszy to Ann przeprosiła, wstała, pisnąwszy kręconym krzesłem i do wieszaka podeszła. Okazało się, że dzwonił telefon Diamonda, nie jej, ale dzwoniła Usagi.

,,Perfect timing”- pomyślała i cichaczem, żeby odebrać wyszła.

- Di jest zajęty, rozmawia właśnie z lekarzem- mówiła do telefonu dziewczyna- Jestem w ciąży. Będziemy robić test na ojcostwo, ale to tylko formalność, bo naprawdę- noszę dziecko Twojego męża.

Słysząc satysfakcjonujące milczenie rudowłosa jeszcze dodała.

- Chyba nie wierzysz, żebym na test pozwoliła, nie będąc pewna, czy dziecko jest jego.

Po czym się rozłączyła i połączenie w telefonie zlikwidowała.

środa, 4 marca 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział XLVIII


Plan był świetny, plan był doskonały i choćby miała kamienie tłuc to plan musiał się udać.

- Chyba nic nie poradzę- mówiła, wolno idąc z łazienki kobieta.

Mankiet rękawa jednocześnie podwinęła, tak żeby splamiony fragment płaszcza zasłonić. Dla równowagi z drugim zrobiła to samo, cały czas na pewną odległość od Diamonda stojąc. Nie patrzyła ku niemu, a on, na odwrót- wpatrywał się w nią i wpatrywał, gdy tak nerwowo dłońmi ruszała. Koniec końców przestała materiał wokół nadgarstków układać i zamiast bliżej mężczyzny podejść, zaczęła ostrożnie się ku drzwiom wycofywać.

- Myślę, że powinnam już iść…- szepnęła, głowę niepewnie unosząc dziewczyna.

Na te słowa Diamond z miejsca gwałtownie ruszył, wylękłej Ann dopadł i za rękaw ją porządnie chwycił.

- Nigdzie nie idziesz- zaczął, prosto w oczy rudowłosej patrząc mężczyzna- Tylko wszystko ładnie mi opowiadasz. Pomiń bzdury o dziecku, bo naprawdę, mam dość kłamstw, które moje życie rujnują…

Ann się wtedy szarpnęła, ale bez większego skutku. Była fizycznie słaba, tego akurat nie grała, a Diamond trzymał ją naprawdę mocno. Innymi słowy, po tym dalej w jego uchwycie trwała.

- To nie bzdury! Wracałam właśnie od lekarza i…- przerwała, krzyk na łagodną rezygnację zmieniając- I… I zwyczajnie pomyślałam…

Wyczuła, że Diamond uścisk zwalnia i na nowo, tym razem z powodzeniem ręką targnęła.

- Zresztą i tak wiedziałam co sobie pomyślisz- kontynuowała , wolną dłonią obolałe miejsce masując -Kłamie, oszukuje, chce rozbić moje małżeństwo. Nie spodziewałam się, że uwierzysz. I rozumiem, bo na logikę to czemu byś miał i dlatego…

W tym momencie lewą dłoń z ramienia do kieszeni płaszcza przeniosła.

- Dlatego przyniosłam to…- powiedziała i małego pudełeczka wstydliwie dobyła- Lekarz doradził, nie chciałam. To dla mnie krępujące, ale chyba jednak konieczne. Bazuje na pobraniu wymazu z policzka…

Mówiła to wszystko wzrok spuszczony trzymając.

- Zadzwoń, przyjedź, napisz… Cokolwiek, kiedy się zdecydujesz- dodała, krok w tył robiąc dziewczyna.

Tym razem Diamond jej nie zatrzymał i wyszła, hallem na zewnątrz, do stojącego przez budynkiem auta. Usiadła z tyłu i od razu kopertę wyciągła. Chwyciła czarnego parkera i drukowanymi literami przy odwrocie w jednej linii napisała: Diamond Kentaro, Gerald Walker. Między nimi jeszcze dwie, przeciwne strzałki zrobiła.

- Cedrik- rzuciła, długopis w tym czasie zamykając- Zawieź to szybko do laboratorium, wiesz gdzie. I powiesz, że jest ode mnie.

Ann kopertę szoferowi dała i zaraz jeszcze jedną, z między siedzeń wyjęła.

-Ją też przekaż ze słowami ,,Tak jak się umawialiśmy, reszta po fakcie”. Załatw to, a ja wrócę sama

Cedrik najpierw zapisaną, a potem czystą kopertę chwycił i tak przechylony do tyłu, na pracodawczynię patrzył.

-Ale panienko…- zaoponował.

- W porządku Cedrik- odparła mu i okiem mrugnęła.

Wysiadła, Cedrik odjechał, a ona szła, sięgając do drugiej, nie tej z której pudełeczko wyciągła, kieszeni po zapalniczkę. Była zadowolona, oj bardzo- praktycznie własnym światłem świeciła, bo do tej pory wszystko się układało. Kobieta popatrzyła więc z zadowoleniem przed siebie. Nad Tamizą stali jacyś ludzie i robili pamiątkowe zdjęcia. Bardzo głośna była pewna dziewczynka, która uwagę Ann zwróciła. Rudowłosa się na ten widok cynicznie uśmiechnęła i mocno papierosem zaciągła.

,,Ciekawe czy będziemy mieć dziewczynkę, Di…”- myślała z głęboka satysfakcją i poczuciem zwycięstwa kobieta.

Tymczasem Di stał wsparty o ścianę, śmiertelnie blady i patrzył w napis ,,Badanie DNA” bez słowa. Znowu wyglądał, jakby go ktoś, dopiero co, czymś ciężkim walnął. Kiedy wreszcie się ruszył to podszedł do kanapy, usiadł i zatopił we włosach trzymane na stoliku ręce. Jakiś czas siedział zamarłe, jak sfinks na pustyni. Potem drgnął, jeszcze raz w trzymane pudełeczko zerknął, siarczyście przeklął i opakowaniem rzucił. Z wściekłej bezsilności zaczął się po apartamencie miotać. Nie mógł, dla odmiany w jednym miejscu pozostać. Przechodził z salonu do łazienki, kuchni, sypialni. Podnosił się, siadał, zatrzymywał i ruszał. Tak ożywionego zastał go Rubeus. Rubeus omówił z Diamondem problem pokrótce. Zresztą wobec tyle niewiadomych nie było się za bardzo jak wgłębiać. Do tego Ann dała test Diamodowi. Fakt beznadziejny, bo jeśli kłamała to przecież czemu z tym badaniem DNA od siebie wyszła. Rubeus westchnął i oczy ku podłodze skierował. Zajmował fotel naprzeciwko stojącego Diamonda i milczał. Po dłuższej chwili sięgnął do kieszeni spodni i okazaną paczkę papierosów w stronę jasnowłosego wyciągnął.

- Dalej palisz?- pytał Diamond.

- A Ty dalej nie?- w odpowiedzi niebawem usłyszał.

Zapalili, a Diamond vis-a-vis przyjaciela usiadł. Oparł tył głowy na kanapie i zamknął swoje fioletowe oczy. Rubeus zaś się w jeden punkt z nabożnym skupieniem wpatrywał.

- Kłamie, nie kłamie, Twoje, nie Twoje, zrób ten test…- ostatecznie poradził ognistowłosy.


Translate