piątek, 3 lipca 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LIX


Torę praktycznie sparaliżowało. Odsunął się, popatrzył na Usagi spojrzeniem długim, wyrażającym wszystko. Wstał, Usagi zaś wrośnięta w łóżko klęczała,  nieruchoma, jakby trafiła na ścianę. Zapadła się chyba w jakieś grzęzawisko umysłowe. Z grzęzawiska wyrwało ją szczęśliwie olśnienie. Olśniona, równocześnie:  plecy wyprostowała, oczy poszerzyła, ślinę głośno przełknęła. Rumieniec wstydu  na jej policzki wstąpił, a kropelki potu  zaczęły czołem,  ku dołowi spływać.

- Tora, ja…- mówiła, unosząc rękę.

Tora zatrzymał się, bo już miał wychodzić. Delikatnie ciało przekręcając, głowę obrócił i z nieodgadnionym wyrazem twarzy na Usagi spojrzał.

- Dlaczego do tej pory ukrywałaś, że masz męża?

Kobieta usta rozchyliła, zszokowana. Mimo wcześniejszej defensywności, ostre piknięcie buntu  na dnie żołądka poczuła. No bo jak mógł! Śledzić ją? Znaczy się badać jej osobę czy co tam… Orz ten, pomyśleć, że tak mu brak wtrącalstwa apologizowała.

- Skąd Ty…- zaczęła żarliwie, ale on, ignorując ją, pośpiesznie, z błyskiem  szaleństwa w oczach, zwyczajnie wyszedł.

Był wkurzony, kto by nie był, ona najpierw zakłopotana, potem wkurzona. Teraz, kiedy go nie było, wkurzenie zaczęło z niej schodzić, ustępując miejsca panice, absolutnie śmiertelnej i tak potężnej, że wręcz ją uderzyła. Otóż, paznokcie w materac wbijając, Usagi powieki ścisnęła i, krzycząc ,,nie!”, głową na boki kręciła. Niespodziewanie przestała, oczy otwarła, powietrze złapała i skoczyła z łóżka. Bluzkę w drodze ubierając, runęła ku windzie, potem hallem do wyjścia, omal drzwi nie wyrywając. Może i ją śledził, może i prowadził życie, które wymagało od niej ciągłych kompromisów, może i- ba, na pewno był dominujący, ale do licha- lubiła to. Mężczyzna powinien być stanowczy, zdecydowany, nie jakaś mamałyga, żeby w razie czego móc podać kobiecie ramię.

- Tora!- krzyknęła, ze zdyszanym pośpiechem dziewczyna.

Tora, który akurat do taksówki miał wsiadać, obrócił ciało. Ich spojrzenia spotkały się, patrzyli na siebie, trwało to może sekundy, ale było jak wieczność. Tym bardziej, że mokli- cholerna angielska pogoda. Podmuchy wiatru miotały zimne biczyki rzęsistego deszczu.

- Nie ukrywałam, po prostu o tym nie mówiłam!- odezwała się w końcu Usagi- Masz prawo być wkurzony, ale ja też. Sprawdzałeś mnie! Jesteśmy na równo…

- Jak na równo!? Zaczęłaś do mnie mówić jego imieniem, kiedy…

- Tora-sama, masz natychmiast wrócić ze mną do środka. Inaczej będę tutaj stać, o tak jak stoję, aż złapię zapalenie płuc i… umrę- oznajmiła blado, choć z rozpaczliwym cieniem stanowczości.

Na swoją groźbę dostrzegła w jego oczach ostrzeżenie, lecz ani drgnęła. Wygrała. Tora szepnął coś kierowcy, zamknął półotwarte drzwi, ruszył biegiem do Usagi i ją ku wnętrzu budynku pociągnął.

- Ty głuptasie!- skomentował surowo, kiedy byli już w jej pokoju.

Rzucił Usagi ręcznik, żeby głowę wytarła. Z łazienki wziął dwa, jeden dla siebie. Sam był nie mniej przemoczony, a koszula skutecznie lepiła się do jego ciała, podkreślając mięśnie. To wyeksponowane ciało, resztki wina, nawał kotłujących się we wnętrzu Usagi uczuć, ją do niekontrolowanych zachowań pchały. Rozszalały umysł nie ustawał w działaniach, podsuwając co raz to bardziej cenzuralne myśli. Cenzuralne myśli jej mózg posiadły i resztki zdrowego rozsądku zdusiły.

Rano, gdy wzeszło słońce, Usagi drgnęła, czując dotyk pierwszych promieni- po wczorajszym deszczu nie było śladu. Obudziła się, przeciągła i otwarła oczy. Pierwsze, co zobaczyła, to twarz Tory, nie Di. A jednak się uśmiechnęła, zadowolona. W zadowoleniu mijały kolejne dni, które można porównać do tornada, wywracającego wszystko na drugą stronę. Usagi zaczęła sporadycznie odwiedzać gabinet Tory, wychodziła częściej, zaliczyła kolejne wyścigi konne, bez Orie, której więcej nie widziała, i partię pokera. Temu wszystkiemu towarzyszyła wyjątkowo piękna pogoda. Pogoda popsuła się w poniedziałek rano. Było chłodno, mokro i nieprzyjemnie. Usagi ledwo w takiej atmosferze wstała. Zmusiła się, teraz robiła kawę, spoglądając przez okno, za którym szumiały pożółkłe drzewa. Trzaśnięcie drzwi od łazienki ją z rozmyśleń wyrwał. Tora zapinał właśnie koszulę, zauważył, że się patrzy i uśmiechnął do niej po swojemu, łobuzersko, a ona, ona również się uśmiechnęła. Widocznie tak miało być, ona i nie Di- ktoś podobny, w dalszym ciągu nie Di, ale mimo wszystko. Już zdecydowała, no- chyba, że stałoby się ,,niewiadomo co”, ale to naprawdę musiałoby być ,,niewiadomo co”, takie nierealne raczej ,,niewiadomo co”. Nie, nie chciała nawet o tym myśleć, stawała na nogi. Trzeba było jeszcze zadzwonić do Tokio, powiedzieć: ,,To ja, żyje i mam się dobrze”  ale to może nie teraz, za parę dni. W Tokio się wszyscy martwili, tym bardziej, że Safir spotkał Esmeraldę. Esmeralda mówiła coś o jakimś atrakcyjnym blondynie, z którym chyba Usagi przed jej zniknięciem widziała. Safir bił się więc z myślami czy Diamondowi informację przekazać. Tymczasem Diamond i Rubeus nie próżnowali. Mianowicie, dowiedzieli się, mniej lub bardziej legalnie, iż wuj Ann miał lewe interesy z niejakim Geraldem Walkerem. Chodziło o przeforsowanie poprawek do projektu ustawy w Izbie Lordów. Niemniej, Gerald Walker- par  Izby Lordów zrobił swoje, a Ignacio Weis, zainteresowany ustawą jako biznesmen wystawił Geralda. Diamond zdecydował to wykorzystać i zaprosił do siebie pokrzywdzonego. Gerald przyszedł, wysłuchał, zrozumiał ukryty szantaż i zapytał: ,,czego Pan oczekuje?”. Diamond oczekiwał dowodów. Gerald postanowił mu takowych dostarczyć i wyszedł, kasłając. Diamond wtedy spojrzał na telefon- trzy nieodebrane połączenia od Ann. Dzwoniła w trakcie rozmowy z Geraldem, nie chciał przerywać, zignorował ją. No ale, już chwytał telefon, żeby oddzwonić, gdy do biura wparował Rubeus, szeroko się uśmiechając.

- Jak poszło?- pytał.

Zanim wszedł, nagabywał Yvonne czy Walker jest jeszcze. Yvonne akurat przez telefon rozmawiała. To była Ann, która Diamonda szukała, bo nie odbierał komórki, aparatu hotelowegoi blablabla. W każdym razie pytanie Rubeusa usłyszała, zbladła jak upiór, ścierpła doszczętnie, poczym na równe nogi skoczyła. Biegła po schodach, wołając: ,,Cedric, Cedric!”. Szofera nie było, zaczęła się więc nerwowo po hallu miotać i wtedy samochód Fiore przez okno spostrzegła.

piątek, 19 czerwca 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LVIII


Usagi na wyścigach nie była. Mało tego, miała kiedyś trudne doświadczenie z końmi- no ale, popatrzeć przecież nikomu nie zaszkodziło . Wyścigi odbywały się w Sandown Park Esher, przy którym mieszkała. Lubiła zabawę, tłok od dawien dawna. Porzucenie życia towarzyskiego było więc trudne, i to nie ,,nawet”, tylko ,,szczególnie” w atmosferze quasi-rozwodowej, bo jakoś ją takie wychodzenie silnie ożywiało. Nadarzyła się teraz fajna okazja- coś innego, ciekawego, bezpiecznego- bezpiecznego w sensie, że Diamonda tam za Chiny Ludowe nie spotka. Obstawi sobie jakieś konie, a co. Kij, że nie umie. Tora jej wytłumaczy. Przecież mówił, że często tu grywał, grywa.  Na wyścigach, w pokera, ruletkę, kości, bingo, brydża…

- Jezus Maria, przecież Ty jesteś hazardzistą!- skwitowała, szeroko oczy otwierając blondynka.

Sama przy tym kurczowo program wyścigów i swoją kartę ściskała, a Tora- Tora się roześmiał głośno.

- Hazard to gra, ale nie tylko golf czy wyścigi. Hazard to interesy. Hazard wyzwala w jednostce siły nadnaturalne, kontrastowe emocje. Czujesz tą niepewność przesiąknięta nadzieją, piknięcie serca, dreszcz biegnący po kręgosłupie. Nigdy nie wiesz na pewno, bo hazard jest nieobliczalny i dzięki temu tak interesujący…

Usagi patrzyła na Torę cały czas, kiedy on mówił. Teraz dopiero wzrok zdjęła, figlarnie się uśmiechnęła i w program gonitw spojrzała.

- Czyli powiedz… Zagrałam triplę, tzn. trójkę koni w trzech kolejnych wyścigach. Najpierw jakiś Angel. Pisze: ,,3 lata klacz”… Moment, w adnotacjach jest, ze to rocznik derbowy…- Usagi na chwilę głos, zawiesiła, jakby myśli zbierając- To chyba dobrze, a przynajmniej brzmi dobrze. Ze stajni jakiejś… De Ad-cośtam, nieważne… Albo to DeAd-cośtam to hodowca? Nie, dżokej…

Luźno rzucane słowa Usagi brzmiały bardziej, jak gdyby się głośno zastanawiała, niż do Tory faktycznie mówiła. W każdym razie tak ją program gonitw pochłonął, że nie zwracała uwagi na samą gonitwę. Siedziała, Tora więc od tyłu siedzenia podszedł, ręce przy bocznych krawędziach fotela ułożył i się do wysokości szyi Usagi schylił.

- To Ad-coś tam właśnie wygrało…- szepnął mężczyzna.

Usagi jak rażona piorunem skoczyła.

- Poważnie? O Boże, który to? Ten biały? Jezu, pięknyyyy…

Jasnowłosy stał, uśmiechając się lekko, z pewnym wyrazem twarzy i skierowanym w Usagi wzrokiem.

,,Usagi…”- myślał jej osobą zaabsorbowany- ,,jest naprawdę interesująca”.

W tym czasie młode araby znowu wchodziły do boksów.

- Ruszyły!- krzyknął ktoś niżej, a głośnik zaraz potwierdził.

Usagi wychyliła się lekko, kiedy damski głos komunikował: ,, Prowadzi Kaylab, drugi Ralph, na trzecim Orion. Polem przechodzi Diva. Kaylab, Ralph, Diva…”

- Co przyszło w pierwszej?- spytała nagle, wyrosła niewiadomo skąd postać.

Opalona szatynka w żółtej sukience stanęła krok od barierki, z prosto, nieruchomo uniesioną głową i trzymaną blisko twarzy lornetką.

- Angel- odparł powściągliwie Tora.

Kobieta się odwróciła. Popatrzyła pierwsze na Torę, który wcześniej już na nią patrzył, potem na Usagi, która wcześniej już też na nią patrzyła, tyle, że Orie Usagi od góry do dołu i od dołu do góry przefaksowała. Sama Usagi patrzyła początkowo normalnie, bez uprzedzeń, ale teraz ją dziwna zbieżność pragnień trafiła i patrzyła już, właściwie patrzyły obie z takim natężeniem, że powietrze wokół zgęstniało.

- Usagi- Orie, moja świeża wspólniczka, Orie- Usagi- przedstawił je Tora, gdy głośnik akurat zagrzmiał: ,,Na prostą wyprowadza Diva!”

Kiwnęły sobie głowami i dalej milcząco patrzyły. A Kaylab wygrał.

- Więc…- przerwała ciszę, krok w przód robiąc, żeby wolny fotel zająć szatynka.

Siadając, kontakt wzrokowy ucięła, ale nie na długo, bo kiedy nogi skrzyżowała i ręce jak do modlitwy złożyła to znów, wprost patrzyła, poważnie, podejrzliwym wzrokiem. Raptem, nie zmieniając pozycji, się uśmiechnęła.

- Jak to zrobiłaś, że Tora zerwał zaręczyny z dziedziczką imperium Sakurai?- bez ogródek spytała.

No i wtedy nastąpił festiwal spojrzeń: Usagi na Torę, Tora na Orie, Usagi na Orie, Orie na Torę i z powrotem Usagi.

- Cóż…- podsunęła szatynka drwiąco- Wychodzi, że cały ambaras nie ma nic wspólnego z Tobą.

Teraz to Usagi spojrzała wzrokiem, od którego Orie powinna paść trupem na miejscu. Nie padła może dlatego,  że słońce zachodziło- w końcu jesień, ciepła, ale wciąż jesień i półmrok panował.

- Ma na pewno- rzekła z naciskiem  i się ramienia Tory, za sobą, chwyciła- Chcemy być razem.

Nieruchoma twarz, stanowcze słowa i pewny siebie ton głosu Usagi, Orie dosłownie ruszyły. Kobieta wstała, podbródek zadarła i prawie, że wykrzyczała:

- Nie bądź taka pewna tego ,,razem”. Zerwał zaręczyny czy nie, dla Ciebie czy nie to pamiętaj- jesteś tylko kolejną zabawką…

Orie wiedziała, już, że nie, ale nie mogła inaczej- złośliwe słowa same cisnęły się jej na usta.

- Może- wycedziła przez zęby Usagi- Ale jeśli to i tak nie Twoja sprawa.

Orie buzię, z zaskoczenia czy oburzenia, a pewnie jedno i drugie, szeroko otwarła. Zrobiła krok do tyłu i spojrzała na Torę, jakby mówiąc: ,,Hello, była dla mnie niemiła. Zareaguj jakoś”. Tora zamknął oczy, opuścił podbródek i głośno, w westchnieniu powietrze wypuścił.

- Chyba, muszę Ci to powiedzieć dosadnie, Orie…

A w międzyczasie dało się słyszeć: ,, To Zephyr, dwójka. Dwójka i czwórka…”

- Nie musisz…- skomentowała drżącym głosem, kiedy Tora powieki uniósł.

I wyszła, z bladą, zaciętą twarzą i przeszklonymi oczami. Stanęła jeszcze na chwilę, obróciła ciało, bo chciała coś Torze powiedzieć, ale wtedy on akurat zaczął całować Usagi. Usagi się nie spodziewała, miała szeroko otwarte oczęta, ale je szybko zamknęła i do torsu mężczyzny przyległa. Orie na to tylko pięści ścisnęła i już jej nie było.

A gonitwę wygrał Zephyr, czyli Usagi dwa spośród trzech zwycięskich koni wytypowała. Stwierdziła, że się napije po lampce wina za każdego konia osobno. Potem jednak rozochocona: smakiem, wygraną, opróżniła butelkę do końca. Nie była pijaczką- używała alkoholu bardzo umiarkowanie, teraz też nie była pijana. Mówiła jednak jak najęta, czuła się świetnie, wyrwana z przygnębienia i wspomnień- dwóch dręczących ją demonów. Tora zaś słuchał ją, raz po raz mieszając okrężnymi ruchami nadgarstka alkohol. Podobała mu się ogromnie, a teraz, gdy rumieńca dołożyło wino, stanowiła widok stokroć nęcący.

- Nie chcę, żebyś ją widywał. Jestem zazdrosna…- rzuciła niespodziewanie, na fali szczerości, pomna niebezpiecznych ,,wspólniczek” Usagi.

I wtedy Tora osłupiał. Oczy poszerzył, brwi uniósł, twarz jakby się mu wydłużyła. Popatrzyli prosto na siebie oboje, spojrzeniem długim, tym, które mówi wszystko. Na to ,,wszystko” Usagi jeszcze bardziej spłonęła. Nie czekając długo, Tora poderwał się, poderwał ją i za rękę do winy prowadził. Usagi chciała zbliżenia z Torą, naprawdę i wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że kiedy leżeli na łóżku i on jej szyję całował to szepnęła wyraźnie jedno krótkie słowo- ,,Di”.

niedziela, 14 czerwca 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LVII


Dzień później Tora siedział w swoim gabinecie, czekając na Orie. Miał otwarty laptop, jedną ręką trzymał myszkę, a drugą wspierał podbródek. Niespodziewanie do pokoju wszedł Kanade i bez słowa położył mu dużą kopertę przed nosem. Tora w odpowiedzi uniósł wzrok spod ekranu komputera. Patrzył chwilę na Makiego milcząco, by zaraz spojrzenie ku rzeczonej kopercie opuścić. Chwycił ją, po królewsku się w fotelu rozsiadł i jakieś akta ze środka wyjął. Przeglądał je, a papier pod zmienianymi stronami szeleścił. W miarę tego brwi mu się obniżały, czoło marszczyło, twarz jakby napięła. Gdy skończył, dokumenty złożył i chwile jeszcze zamyślony siedział.

- Dziękuję Kanade- powiedział ostatecznie, suchym jak pieprz głosem.

Brunet się wahał, chcąc coś skomentować, ale zrezygnował, w delikatnym ukłonie. Był przyjacielem Tory, trochę jednak z racji służbowej podrzędności zdystansowanym. Nie mógł go ograniczać, mógł ewentualnie coś mu perswadować, ale przy perswadowaniu należało zachować jakiś racjonalizm. Na forsowanie małżeństwa było zbyt późno- po prostu, choćby się w błocie Tora miał kajać, łzy roniąc i prosząc o wybaczenie to przepadł. Tak więc normalnie jałowy komentarz Makiego mógł teraz, na rozdrażnionego zawartością koperty Torę, działać najmniej irytująco. Zresztą, co tu dużo mówić, akurat zadzwoniła sekretarka z anonsem o przyjściu panienki Orie, wszelkie i ewentualne dywagacje ucinając. Ruszył więc ku drzwiom, tam minął kobietę i wyszedł, zostawiając ją i Torę w gabinecie samych.

- Witaj, Tora- rzuciła, idąc energicznym krokiem szatynka.

Mężczyzna w odpowiedzi uśmiechnął się jednym kącikiem ust, jakoś tak asymetrycznie. Równocześnie wstał i przed nią, zapinając guzik marynarki, wyszedł. Spotkali się w połowie długości pomieszczenia, a Orie stanęła tak, by sobą do całej długości ciała Tory przylec. Lewą ręką chwyciła go za ramię i pocałowała blisko ust, wolno, przeciągle, znacząco. Gdy wreszcie odsunęła twarz to z odległości paru centymetrów spojrzała zalotnie, butnie, triumfalnie i niejeden by się pewnie pod takim spojrzeniem ugiął, ale Tora stał niewzruszony, śmiałym wzrokiem jej ripostując. Koniec końców dłoń na plecach szatynki położył i w stronę fotela ją zaprowadził. Orie usiadła, wężową kopertówkę na biurko rzuciła, w miejsce chwyconych właśnie papierów. Raptem jedną ze skrzyżowanych nóg się od ziemi odbiła tak, żeby obrotowe krzesło vis-a-vis stojącego wciąż Tory ułożyć. Zerknęła ku niemu, on patrzył na nią, wróciła do biurka, podpisała i znowu ku Torze fotel obróciła. Nie wstając, podała mu pismo, krańcowo zadowolona.

- Wyścig szczurów skończony, możemy odetchnąć i nacieszyć się sobą jako nowi wspólnicy- z satysfakcją zauważyła, gdy Tora po swojej stronie, aby podpisać przekazany dokument usiadł.

- Nie sądzę…- odparł, głowę jeszcze schyloną trzymając blondyn- Planuję odetchnąć prywatnie…

I wtedy, pierwszy raz od wejścia do gabinetu, a może i pierwszy raz tego dnia w ogóle uśmiech Orie-san zgasnął.

- Narzeczona przylatuje?- niby średnio zainteresowana, z błądzącym w bok wzrokiem spytała.

To, co zaraz usłyszała, jej humor i życie doszczętnie popsuło.

- Nope, zaręczyny zerwane…

Momentalnie twarz i ciało wyprostowała i zauważyła, że Tora patrzy na nią poważnym wzrokiem.

- Jak to?- wysyczała dziko, kompletnie rozchwiana- Przecież…

Przygryzła wargę, a paznokcie lewej ręki w fotel zatopiła. Jako nastolatka pokochała Torę od pierwszego wejrzenia. Przedstawiono go jej, spojrzała na niego i już wiedziała, że to miłość wieczna, do końca życia, a wręcz poza grób. Skoro poza grób to mogła poczekać. Dysponowała urodą, inteligencją wysokiej klasy. Tora nie okazywał jej szczególnych względów, ale nie okazywał ich po prostu nikomu. Miał narzeczoną – co z tego, ona narzeczonego tez miała. Małżeństwa polityczne wśród Japończyków to nie przeżytek. Ważne, że narzeczona Tory była najlepszym co się mogło dla Orie trafić, a mianowicie nie istniała szansa, by Tora się w Chiyo Sakurai zakochał. Ładna, bo ładna, ale nie ten charakter, czyli gwarancja braku zagrożenia. Małżeństwo politycznych się od tak nie zrywa. Tora sporo ryzykował, ojciec mógł go nawet wydziedziczyć…

- Jest ode mnie ładniejsza?- pytała, usilnie próbując zachować równowagę i przywołać uśmiech szatynka.

Potwierdzenie było, jak silny policzek, i drugi- na ,,jest ode mnie inteligentniejsza?”, i trzeci- na ,,jest ode mnie bardziej interesująca?”.

- Phy…- z bezgranicznym żalem ostatecznie prychnęła.

Raptem jakaś myśl jej błysnęła, utrwaliła się i zamieniała w decyzję na przestrzeni kilku, kilkudziesięciu sekund.

- Przyprowadź ją na wyścigi- mówiła, chwytając torebkę Orie- Wiem, że będziesz, zawsze jesteś. Ocenię czy mówisz prawdę.

Następnie podniosła się, puściła mu oczko i wyszła. Tora zaś wzrokiem do akt z koperty od Makiego wrócił. Patrząc na nie jak zahipnotyzowany podniósł słuchawkę i wybrał numer Usagi.

- Kochanie, byłaś kiedyś na wyścigach konnych?

czwartek, 4 czerwca 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LVI


Na dramatyczny apel Usagi ,,zabierz mnie stąd jak najdalej” Tora odpowiedział wzięciem jej tam, gdzie sam miał niebawem lecieć- do Londynu. W Londynie się uczył, wychowywał, pracował, mieszkał. Miał domek, ba- dwór, na peryferiach. Piękny, otoczony ogrodem, z wijącą się spod bramy wjazdowej aleją. Gałęzie ciasno posadzonych wzdłuż deptaku drzew splatały się najpierw, potem przerzedzały, aż w końcu zastępowała je zbita masa jaskrawego koloru kwiatów. Azalie i rododendrony, wyraźnie niższe od przyległych drzew, tworzyły i tak wysokie, jak na krzewy ściany. Ukazując róż, czerwień, fiolet, były kontrastem dla ciemnej gęstwiny lasu. Tak więc cisza, spokój, ogólnie pięknie i do tej oazy zabrał Usagi Tora. Naturalistyczne uroki miejsca jakoś szczególnie na nią nie działały, luksus- owszem, ale to inna para kaloszy. Nie była typem, któremu środowisko dech w piersiach zapiera. Niemniej szczerze, obiektywnie, bez bicia musiała przyznać, iż jest tutaj pięknie, może i nawet kojąco, ale sam Tora bardziej kojąco na Usagi działał. Kiedy Diamond zadzwonił powiedzieć jej o wynikach testu, była tak ogłuszona, że w swoim myśleniu również jednokierunkowa- ,,stąd jak najdalej”, nieważne gdzie, byleby to ,,jak najdalej”. Później, gdy pierwszy szok minął, przyszło gwałtowne olśnienie. Była w paszczy lwa- Londynie i zwaliła się na głowę obcemu facetowi. No, może już nie obcemu, ale w dalszym ciągu zbyt słabo jak do takich numerów znanemu. Miała co prawda wrażenie typu ,,jakbyśmy się znali od dawna”, niemniej wrażenie pozostawało wrażeniem. Znali się od niedawna- to był fakt, tak samo jak i to, że nie miała przy sobie pieniędzy, rzeczy- generalnie materiałów do życia, rodziny, znajomych. Tych ostatnich nawet nie zawiadomiła. Dlatego, kiedy nerwy trochę uspokoiła to  dzwoniła na telefon domowy w Tokio. Odebrał Diamond, a uczucie gorąca się po jej wnętrzu niczym ciepła woda rozlało. Nigdy wcześniej, przed tą całą sprawą z Ann i Mamoru, nie przypuszczała, że odpuszczenie sobie Diamonda może być aż tak trudne. Było trudne, było koszmarem, męką, piekielną torturą  i nawet silna z natury Usagi zaczynała powoli odpadać. I rozgoryczyłaby się nóż widelec totalnie, gdyby nie Tora. Łagodził brak Di, był drugim Di, ku jej przerażeniu. Do tego pomagał, zresztą wysłał, tzn. zlecił wysłać, kopertę i podjąć dla niej pieniądze z Bóg wie kąd. Kiedy powiedziała, że zna się na praktycznej stronie ekonomii to zaczął przychodzić z dokumentami, oferując póki co doradczo- asystencką pracę, bez konieczności przebywania w firmie. Potrafił Usagi wstrząsnąć, nie użalał się nad nią, nie mówił, że będzie dobrze, nie drążył i o nic absolutnie nie pytał. Wiedziała ile trudu zadaje sobie, by czasami w ciągu dnia  opuścić firmę. Twierdził, ze nie ma problemu, ale Usagi gazety przeglądała, dokumenty czytała, presję wydzwaniających telefonów czuła. Czuła też wyrzuty sumienia, bo jak mogła być tak samolubna, żeby wysyłać Torze sygnały- a wysyłała, ku poczuciu ogromnemu wstydu wobec miłości do Di wysyłała- rumieniła się, drżała, patrzyła zachłannie. Gdy ją dotykał płonęła, miała wypieki na twarzy, a w głowie cenzuralne myśli. To najpierw, bo potem jakieś zrozumienie sytuacji  łapała i się z objęć jasnowłosego wyrywała. Widziała, że mu takie zachowanie jest nie w smak. Sam Tora nic jednak nie mówił. Tylko się w jego oczach tajemniczy, nieodgadniony wyraz pojawiał, wyraz, który sprawiał, że Usagi gnębiło poczucie popełnienia nietaktu. Mimowolnie zaczynała żałować odtrącenia, ze względu na władczość spojrzenia, ale i pewną seksowność. Musiała się więc wyprowadzić. I się wyprowadziła, do pokoju, który wcześniej zajmowała pod nazwiskiem Tory. Postanowiła bowiem zostać w Londynie. Długo to rozważała i ostatecznie stwierdziła: ,,zamieszkam póki co tutaj”. Najciemniej pod latarnią, towarzysko się udzielać nie planowała, a Diamond w tej części miasta zwyczajnie nie bywał. Plus kwestią dni pozostawało to, aby na stałe opuścił Londyn. Chociaż teraz, gdy ta pirania jest w ciąży z dzieckiem, którego Usagi mu przez parę lat dać nie chciała…

Usagi  zacisnęła powieki i mocno splotła leżące na kolanach ręce.

- To się nie dzieje naprawdę, to się nie dzieje naprawdę…- jak mantrę, powtarzała.

Raptem otwarła oczy i zobaczyła swój pokój hotelowy Sandown Park w Esher i złożone na kupionych przez Torę spodniach dłonie.

- To się dzieje naprawdę…- cicho pisnęła, znów czując podpływającą jej do gardła rozpacz.

A jeśli rozpacz ją chwyci to będzie dusić do utraty tchu i wtedy się już nie podniesie. Musi, dlatego właśnie musi tu zostać. Tu jest Tora, dzięki Torze się dalej uśmiecha. On odgania jej wszystkie demony, bez niego dryfowałaby jak statek bez steru. Niby powinna się od niego odciąć. Skoro chciała zacząć nowe życie to bez mężczyzny, który jej męża przypomina, ale- właśnie, ale nie mogła. To było zbyt wiele. Żyć bez Ikuko, Rei, Berthier, Rubeusa i reszty- by potrafiła, ale dzięki temu, że mogłaby sobie coś z Di zostawić. Potrzebowała Tory, psychicznie i fizycznie. Jego obecność dawała bowiem mentalny spokój. Dawała również cielesny niepokój. Rozpalał ją, jednym dotknięciem- zupełnie jak Diamond. Przez to pożądanie czuła, że zdradza siebie, Diamonda i Torę. Była jeszcze narzeczona Tory. Tora wspomniał o niej raz, nigdy więcej, a Usagi nie podgadywała. Czemu?

Blondynka głośno przełknęła ślinę. Znała siebie i wstyd jej było, ale prawdę mówiąc to narzeczona Tory ją jak stonkę wykopki obchodziła. Cierpi czy nie, Usagi nie interesowało. Ona sama, Usagi, cierpi i cierpiałaby jeszcze bardziej bez Tory i dlatego bardziej Torę potrzebowała. Pewnie wygląda to jakby go wykorzystywała, pewnie naprawdę go wykorzystuje, ale Diamonda też wykorzystywała. Skończyło się fatalnie i zdecydowanie nie chciała powtórki z Torą.

Dalsze rozmyślania przejmowały ją dreszczem, wprowadzały nastrój melancholii. Kiedy postawiła sobie wreszcie ostateczne pytanie, ktoś zapukał do drzwi. Poderwała się z fotela  i szybko długość pomieszczenia przeszła. Gdy zobaczyła Torę, odruchowo i bezmyślnie, pewnie w obliczu efektu rozważań go pocałowała, lekko i naturalnie. Nie czuła zakłopotania, przeciwnie, jakby coś się nagle dużo prostsze stało. Patrzyli na siebie w milczeniu, żarliwie. Mimo to Usagi krok do tylu zrobiła. Tora ją jednak gwałtownie schwycił, przyciągnął i zaczął namiętnie całować, a ona mu ręce wokół szyi oplotła.

Usagi pogodziła się z wydarzeniami. Chciała zacząć nowe, no, prawie nowe życie, tworząc najpierw jego silny fundament. Dla niej samej było to jednak zbyt ciężkie.

- Tak, spotkam się z nią jutro…- powiedział chwilę później do telefonu Tora, zbywając przeszkadzającego mu rozmówce.

środa, 27 maja 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LV


- Nie możesz pozwolić się szantażować!- mówił Rubeus, gdy z Diamondem wchodził do wnętrza swojego mieszkania.

Białowłosy zatrzymał się, odwrócił i popatrzył na Rubeusa, ciągle jakby intensywnie zamyślony. Raptem ściągnął z niego wzrok i bez słowa przeszedł do drugiego pokoju. Był rozdrażniony, opanowywał to rozdrażnienie już dawno. Niemniej jednak dało się je zauważyć. Diamond bowiem nie wyciszył wciąż emocji po spotkaniu Ann, Ignacio i Fiore. Zresztą sprawa była zbyt ważna, by móc kamiennym spokojem emanować. Tyle dobrze, że się, jak zwierze w klatce nie miotał, a usiadł grzecznie, powoli na skórzanym fotelu. Rubeus zaś w tym czasie stał dalej, przy drzwiach wejściowych swojego mieszkania.

- No więc?- zagaił domagającym się komentarza tonem ognistowłosy.

- No więc co?- usłyszał z oddali niski głos Diamonda mężczyzna.

Opuścił ręce na biodra, głowę w bok odchylił i wargę u dołu przygryzł. Gwałtownie się zerwał i żywo ku Diamondowi ruszył.

- Tylko mi nie mów, że się poddajesz…- powiedział, zajmując miejsce vis-a-vis jasnowłosego Rubeus- Wynajmij detektywa, zawiadom Interpol… No, może Interpol nie, bo Interpol jest bardziej od przestępstw. Chociaż kto wie, co Usagi zrobiła, kiedy o dziecku się dowiedziała… Sprawdź szpitale, więzienia…

Mówił przy tym tak ekspresywnie, że siedzący, ze splecionymi jak do modlitwy dłońmi i schyloną ku podłodze głową, Diamond podbródek uniósł. Uniósł też jedną brew i kącik ust w mimowolnym rozbawieniu i poważnie dodał:

- ,,Rozwieś plakaty"…

Kiedy to wtrącił Rubeus zamarł, przestał mówić i gestykulować. Pełny tępej zgrozy wzrok powoli ustępował, tak jak i podszywająca werwę ognistowłosego niepewność, błagalność, powątpiewanie.

- Szpitale sprawdzałem. Więzień istotnie nie, ale może to dobry pomysł- kontynuował Diamond, już wyraźniej się uśmiechając.

Rubeus odetchnął lekko i wyciągnął rękę, żeby Diamonda po ramieniu poklepać. Następnie złożył przed sobą dłonie, plecy nieznacznie ugiął i spojrzał pytająco, wyczekując konkretnego odniesienia do problematycznej kwestii. I tym razem to Diamond przewrócił oczyma.

- No jasne, że się nie dam szantażować- odparł ręce za głowę przenosząc i ciało na oparciu fotela wspierając- Co Ty w ogóle świrujesz, nie znasz mnie czy co?

Rubeus znał go, niby bardzo dobrze, ale teraz, w takiej sytuacji, wobec tego wszystkiego… No i dziecko, Diamond zawsze chciał mieć dziecko, a Usagi… Bądź co bądź teraz, w spojrzeniu Rubeusa pojawiła się całkowita pewność i ostateczna, nieopisana ulga.

- Umysł mi się zmącił- skomentował wreszcie i sam się wygodnie na tylnej części kanapy oparł.

Siedzieli tak chwilę przed sobą w milczeniu, a twarze obojga znów skrajnej powagi nabrały.

- Jak to załatwisz?- zapytał, świdrując wzrokiem sufit Rubeus.

Diamond również świdrował sufit, tyle że z fotela naprzeciw.

- Ignacio jest osobnikiem gwałtownym i mściwym- mówił jasnowłosy, a Rubeus głową mu przytakiwał- Jest też osobnikiem majętnym i wpływowym. Ludzie, jak on mają wrogów…

Diamond umilkł, a jego twarz wyrazu stanowczości nabrała- był zdecydowany zagrać z Ann o swoje małżeństwo.

Ann jednak uważała, że gra już skończona. Zostało tylko przesunąć pionek na właściwe pole. Tak więc pełna triumfu, w oknie swojego pokoju, przy zgaszonym świetle i papierosie siedziała, snując rozważania. Jako mała dziewczynka odkryła, że dorośli biorą stronę tego dziecka, które z natury jest bardziej spokojne. Jako starsza dziewczynka odkryła, że dorośli robią tak też w stosunku do siebie samych, a jako nastoletnia pannica była już absolutnym mistrzem roli słodkiej, niewinnej i poszkodowanej. Grała swoją rolę od tak dawna i tak dobrze, że nikt by nawet nie pomyślał, że Ann Reiter może być inna, niż słodka, niewinna i poszkodowana. Dla niej samej z kolei bycie słodką, niewinną i poszkodowaną stało się drugim powietrzem. Nie potrafiła żyć bez bycia traktowaną, jak słodka, niewinna i poszkodowana. Wymagała bezwzględnego wsparcia dla wszystkiego co robi, myśli, chce, potrzebuje. Zawsze sprzyjały jej okoliczności i nigdy nie uczyła się na błędach, bo nawet jeśli jakiś wychodził to niespodziewanie zaczynał stanowić atut, narzędzie, kartę przetargową. Otóż np. ciąża. Zaszła w ciążę, ojciec dziecka zakochany po uszy- Gerald Walker, niby dziedzic ogromnej fortuny, szlachcic. Dziadek na wykończeniu, ojciec niestabilny psychicznie, więc Gerald prędzej prędzej, niż później wszystko zgarnie, o ile- właśnie, o ile sam dożyje, bo chorowity był niesamowicie. Ann nie chciała takiego mężczyzny, chciała kogoś innego i wtedy pojawił się Diamond, jak grom z jasnego nieba, niczym ucieleśnienie niezrealizowanego do tej pory marzenia, a że Ann swoje marzenia realizowała ze strasznie egoistyczną bezwzględnością to szybko zdecydowała pozbyć się głównej przeszkody- żony.

,,Żeby tylko mu ten wcześniejszy poród wmówić…”- myślała kobieta.

Zaciągła się jeszcze raz, rzuciła papierosa na parapet, przydeptała go i obcasem zgarnęła.

,,W razie czego będziemy już po ślubie. Wuj nie pozwoli mu wziąźć ze mną rozwód… A potem? Potem się zakocha. Przecież jestem taka urocza...”

poniedziałek, 11 maja 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LIV


Minęło parę dni. Di był potrzebny w Londynie. Wyjechał stamtąd nagle, wbrew planom, zostawiając mnóstwo spraw niezałatwionych. Tak więc czy chciał, czy nie to musiał do Europy, choćby na chwilę wrócić. Usagi z kolei jakby się pod ziemię zapadła. Nikt nie widział, nikt nie słyszał- poufnie oczywiście, bo zniknięciu żony Diamond wolał nie dawać rozgłosu. Szukał jej, szukał i nic. Nie znaczyło to, że w Tokio jej nie ma. Największe miasto świata stwarzało w końcu pewne możliwości. Jeśli Usagi uparła się na coś, przykładowo uparła się zaszyć w jakiejś  dziurze to mogła siedzieć tam aż do skończenia świata. Warunek istniał tylko jeden- rzeczona dziura musiałaby być luksusowa- przesłanka zawężająca, jakkolwiek niewystarczająco, ażeby z powodzeniem wszystkie luksusowe dziury w Tokio przetrząsnąć. I właśnie tutaj Diamonda coś dodatkowego trapiło. Mianowicie, Usagi nie mogła żyć bez pieniędzy, a żadnych środków do tej pory nie podjęła, nikt jej nie pożyczył i nie mogła mieć przy sobie dużo. Martwił się tym na dobitkę, już nie tyle o małżeństwo, co zdrowie Usagi, ale choćby rwał włosy z głowy to bezczynne siedzenie w Tokio nie różniło się niczym od bezczynnego siedzenia w Londynie. Zwłaszcza, że doszedł kolejny problem-Ignacio, który zaczął do niego z groźbami wydzwaniać. Ewidentnie Ann jego wylot jako ucieczkę potraktowała, doniosła Fiore, a ten Ignacio albo Ann sama bezpośrednio Ignacio i w efekcie Diamond miał tych troję na karku. I to był problem nr… niewiadomo który, bo gdy Diamond zdecydował się do Londynu wrócić przyszedł jeszcze jeden, a konkretniej to przyszła koperta- z podpisanymi papierami rozwodowymi i obrączką w środku. Wydawałoby się, że 11 h lotu to sporo czasu na jakieś dictum, ale białowłosy nie mógł zebrać rozproszonych myśli. Skąd Usagi wzięła papiery rozwodowe to wiedział- sam kazał je wysłał na adres domowy po ubiegłym opuszczeniu Tokio. Najwyraźniej wpadły w ręce Usagi dopiero teraz. Ale skąd Dania? Taki mały kraj, litości, gdzie tam Usagi- bardzo inteligentna, ale  jednak noga z geografii, wiedziała o Dani? Zawsze mogła chcieć znaleźć takie miejsce, które by mu do głowy nie przyszło. Zgadza się, nie przyszło, ale…

Diamond zmęczone oczy przetarł. Chwilę jeszcze trzymał dłonie na skroniach, a potem ręce opuścił i głowę do tyłu odchylił.

,,Nie ma jej tam…”- stwierdził, a w jego rozważania wdarł się głos kapitana samolotu: ,,Proszę zapiąć pasy, podchodzimy do lądowania…”

Całkowitemu rozjaśnieniu sytuacji nie pomogło przybycie na lotnisko głównej postaci dramatu- Ann, a oprócz niej też Ignacia, Fiore i Rubeusa. Ignacio i Fiore zdanie mieli już wyrobione, a z jakichkolwiek podejrzeń wobec Ann pozostawali wyzuci. Nie czynili więc żadnych prób uzyskania wyjaśnień o co tu naprawdę chodzi. Temat ten za to chciał koniecznie poruszyć Rubeus. Rubeus nigdy anielskim usposobieniem nie grzeszył i lubił wyrażać swoje poglądy. Poglądy Rubeusa były całkowicie z jego wyrazem twarzy sprzężone. Wyraz twarzy Rubeusa nie spodobał się Fiore, Ignacio reakcje Fiore podchwycił, a Ann… Ann przywołała grymas jak najsłodszego zidiocenia. Kładła rączkę na rękawie wuja, jakby chciała go uspokoić, ściskała dłoń kuzyna, jakby chciała powiedzieć, że wszystko w porządku, ona też zawiniła. Oczy Ann biegały między Ignacio, Fiore i jeszcze Diamondem, niby kojąco-ciepło, ale też histerycznie, z niemowlęcą niewinnością i dziecięcą obawą. Diamond przyglądał się im wszystkim badawczo, gaszony zdrowym rozsądkiem i zajęty rozmyślaniami. Podejrzenia drzwiami i oknami do jego głowy waliły, ale wspomniana czwórka najwyraźniej głośniej, bo raptem Diamond pełny nagany głos Ignacio usłyszał:

-… wziąć odpowiedzialność!

Mężczyzna przemógł wtedy zmartwiały bezruch.

- Czego Pan oczekuje?- zapytał spokojnie jasnowłosy.

Ignacio splótł dłonie, wstrzymał się chwilę i popatrzył Diamondowi w oczy.

- Oczekuję, Diamond-san, że zmienisz żony…

Diamond-san znów znieruchomiał, zaskoczony kompletnie.

- Zrobiłem mały rekonesans…- kontynuował starszy mężczyzna- dzięki czemu wiem, że nie masz z żoną dzieci. Podobno żona nie chciała. Ale to bardzo dobrze, tak jak i zresztą to, że się wam w ogóle nie układa… Mamoru Chiba?

Kiedy Ignacio imię Mamoru powiedział, marszcząc brwi w udawanej niewiedzy to Ann na chwilę, niestety tylko dla Rubeusa zauważalnie, triumfalnym blaskiem zalśniła.

- Chyba tak się nazywa ten kochanek żony. Dziwne, że gazety nic nie pisały…

Na twarzy świadkującego sytuacji Rubeusa mignął palący popłoch. Kamienny spokój Diamonda zaczynał powoli pękać. Rubeus widział tą zbita pięść i ściśnięte  kurczowo usta. Tylko tego brakowało, żeby jeszcze Ignacia pobił. Sam Rubeus, gwałtowny z natury, miał ochotę go pobić. I Ann też, kij z tym, że kobieta i na dodatek ciężarna. No ale musieli się opanować. Wiedział to też ,,najpierw robię, potem myślę” Rubeus. Sytuacja była poważna, nie należało dawać się ponieść nerwom, ale również szantażować.


poniedziałek, 4 maja 2015


18+

NARESZCIE MOJA


Książę przepadł, stracił głowę już dawno, ale dopiero teraz sobie uświadomiła, że nigdy nie będzie jej, jak nigdy nie był. Wszystko z winy tej Księżycowej Księżniczki, Neo-Queen Serenity tak dobrej, czystej i nieskalanej, że się aż Esmeraldzie niedobrze robiło. Nienawidziła jej ogromnie, szczerze i coraz bardziej. Chciała, aby zniknęła na dobre, pogrążona w chaosie, cierpiąc za wygnanie Bractwa Czarnego Księżyca i przywłaszczenie sobie serca jej Księcia.

- Wasza Wysokość, Endymion z pewnością po nią przybędzie- zauważyła, składając wargi w cynicznym uśmiechu- Ostatecznie mają zostać małżeństwem…

Wiedziała, że mówiąc to posunęła się zbyt daleko. Czuła rosnącą u Diamonda złość na nią, czyli tą która obraża Serenity i o niewygodnym losie przypomina. Samą Esmeraldę z kolei frustracja Diamonda też zirytowała. Rozłożyła więc wachlarz, chcąc zasłonić kwaśno wykrzywione usta.

- Esmeraldo- rzucił tonem, który wysłał dreszcze po jej kręgosłupie- Możesz wyjść…

Diamond wziął łyk karmazynowego wina, a zesztywniała na chwilę Esmeralda się ukłoniła.

- A, jeszcze jedno- dodał, odciągając lampkę- Nie wspominaj więcej imienia Księcia Ziemi w mojej obecności…

Jego głos był spokojny i uwodzicielski, poważny i zaostrzony równocześnie.

- Jeśli chodzi o Serenity to nie jesteś warta wymawiać jej imienia. Na przyszłość, nie każ mi się znów denerwować …

Paląca zazdrość w jej oku błysnęła.

- Tak, mój Książę, wybacz…- odparła, szczątkami woli, ledwo co dopadającą ją furię tłumiąc.

Zniknęła szybko, by móc pozbierać się gdzieś indziej, z dala od jego narowistego spojrzenia. Nie chciał jej, nie chce i dopóki Serenity nie umrze, ba, nawet jeśli umrze, to jej chcieć nie będzie.

Książę westchnął. Wziął kolejny łyk krwistoczerwonego wina, pozwalając płynowi palić gardło, jak ogień, pulsować w żyłach.

- Serenity…- szepnął.

Nie mógł żyć, widząc ją w ramionach innego, a zwłaszcza tego nic nieznaczącego Księcia Ziemi.

- Phyyy- prychnął i gwałtownie lampkę wina odłożył.

Myśl o Endymionie, choćby ta najdrobniejsza, jak czerwona płachta działała.

Wyszedł więc z sali tronowej i zaraz się u drzwi swojej komnaty pojawił. Tam była ona- przyszła Królowa Kryształowego Tokio, śpiąca spokojnie na jego poduszce, w jego łóżku.

- Serenity- mówił cicho, idąc ku niej.

Ale Serenity spała dalej. Wyglądała jak chińska lalka, ze swoją porcelanową skórą w długiej, białej sukni, na satynowym prześcieradle, między ciemnymi zasłonami łóżka. Jego oczy wędrowały wzdłuż ciała księżniczki, aż pociemniały wypełnione potrzebą, żądzą, głodem, pragnieniem. Rozpiął kaftan i rzucił na ziemię. Usiadł, a czas jakby się zatrzymał, gdy w oblicze śpiącej Serenity patrzył.

- Nareszcie moja- szepnął, strącając pasmo włosów z twarzy Serenity Diamond- Tylko moja…

Schylił się i delikatnie zaczął całować jej wyeksponowaną szyję, a smak skóry Serenity był słodki, słodszy niż wino, które pił niewiele wcześniej. Doświadczywszy tego zaczął pocałunkami schodzić niżej, tuż nad linię materiału osłaniającego piersi. Wtedy dziwne uczucie ciałem kobiety wstrząsnęło. Śniła, przyjemnie się uśmiechając. Widząc to w Diamondzie nowy ogień złości zapłonął.

- Nie pozwolę Ci myśleć o Księciu Ziemi- rzucił, tym razem głośniej- Zwłaszcza nie w takim momencie…

Mimo generalnego rozjuszenia, ze spokojem i ostrożnie ciało Serenity podniósł, tak, że jego nagiego torsu teraz dotykało. Rękoma sięgnął za nią, suwaka na plecach, który rozpiął, dzięki czas suknie do pasa ściągnął. Uwolnione piersi jego skóry dotknęły. Stały się twarde, co Diamonda prawie do szaleństwa doprowadzało. Nie mógł dłużej znieść tej tortury. Ujął sutek wargami, a Serenity jęknęła. Kąciki ust mu się w zadowoleniu uniosły, gdy ręką jej drugą pierś pieścił. Lubiła to, widział, że to lubi. Przyciągnęła go sama, ciałem zaczęła podświadomie ruszać, a on ją niemal pożerał. Uwolnił prawą rękę i nią suknię Serenity do kostek zwinął. Wracając, przesuwał palcami po wnętrzu jej ud i kiedy fałd między nogami sięgnął, kobieta gwałtownie powietrze złapała, oczy otwierając. Była zdezorientowania widząc, co się tutaj dzieje. Nieznany pokój, słabo oświetlony, łóżko z czarnym prześcieradłem, białe włosy w jej dłoniach, język Diamonda dotykający jej…

- Diamond?!- krzyknęła, ciało podrywając.

Mężczyzna popatrzył w górę.

- Serenity- powiedział zmysłowo, zbyt zmysłowo jak dla niej Księżę- Nareszcie się obudziłaś…

Nie wierząc jeszcze temu, co widzi księżniczka głową wstrząsnęła. Nie pomogło. Spróbowała w kolejnym odruchu wstać, ale Diamond pchnął ją na plecy.

- Chciałem to zrobić wieki temu, Kochanie- dodał, przysuwając się bliżej.

Serenity podniosła ręce, żeby jego ciało odepchnąć, ale bez skutku. Był dla niej za silny. Lewą dłonią trzymał jej lewy nadgarstek. Prawą podbródek chwycił, zmuszając, by w jego oczy patrzyła.

- Ty chory draniu…- syknęła, wrogo spoglądając.

Zawzięty wyraz twarzy wcale go nie zniechęcił. Przeciwnie, uważał, że jej pasuje. Upajał się tym jej pięknem, a ona znów ciałem szamotała.

- Zły pomysł, moja droga, zły pomysł- skomentował, przekornie, z uśmieszkiem, kręcąc głową na boki,na koniec poważniejąc i przestając- Im bardziej się opierasz, tym bardziej Cię chcę…

- Nie śmiej…- panicznie odparła kobieta- Diamond, nawet nie śmiej…

Niekontrolowany dreszcz jej ciałem wstrząsnął.

- Wiem, że też mnie chcesz- rzucił rozradowany tym, jak pod jego najdrobniejszym dotykiem zadrżała.

- Mylisz się- ripostowała głosem niepewnym, tkniętym namiętnym żarem z akcentem wszechogarniającej rozpaczy.

Teraz to już mu oczy, jak pochodnie płonęły.

- Obserwowałem Cię wiekami- jego ochrypły głos wdarł się do jej umysłu, niczym pomruk straszliwej bestii.

- Urosłaś do rangi… - zapauzował szukając właściwego słowa- …obsesji. Próbowałem dać sobie spokój, ale to okazało się być absolutnie niemożliwe. W tym życiu, tamtym czy przyszłym, po śmierci, na wieki, Ty Serenity. Jesteś, jak narkotyk. Nie mogę już dłużej, musisz być moja prawdziwie, nie tylko we śnie…

Umilkł i patrzył. Ona też milczała. Po chwili zawieszenia Diamond gwałtownie drugą rękę Serenity chwycił. Tym sposobem obie dłonie się przy bokach głowy blondynki znalazły. Jasnowłosy zaczął ją nagle z jakimś pierwotnym głodem całować. Ogłuszył ją tym całkowicie, spychając w kłębowisko myśli, uczuć, pragnień, powinności. Coś innego niż strach błyskawicznie urosło, osłabiając jej opór, coraz bardziej i bardziej, aż w końcu zupełnie. Zauważył to i zwolnił uścisk nadgarstków.

- Po prostu się zrelaksuj. Nie skrzywdzę Cię…- szepnął, opuszczając wargi i skubiąc jej ucho.

Obniżył głowę, ponownie smakując jej piersi, a zwolnioną ręką zaczął rozpinać spodnie. Kiedy Serenity pierwszy ruch wewnątrz siebie poczuła, jęknęła. Bolało, że aż zapomniała o wcześniejszej gotowości do wzywania pomocy. Zamiast tego zaczęła krzyczeć imię Diamonda z intencją, by przestał. Jednak nim się spostrzegła, wołała jego imię już bez tej intencji. Ból przeszedł w przyjemność, uczucie przyjemności ją przytłoczyło. Umysł próbował ściągać jestestwo Serenity na właściwe miejsce, lecz jakiś instynkt podpowiadał jej by nie wracał, został z ciałem, zapadł się w niemoralnie rozkosznej perspektywie. Zapadł się. Serenity oddawała pocałunki, chciwie przyciągała Diamonda. Jej oddech stał się urywany, źrenice rozszerzone i w końcu, z bezkresu doznań, omal się nie rozpłynęła. Przez długi czas potem, nie mogła myśleć, otumaniona intensywnością rozkoszy, a kiedy wreszcie mogła to żałowała, że może. Była przerażona- jak ona teraz spojrzy w oczy Mamoru…

- Zapłacisz za to- powiedziała wątpliwie, nawet nie krzyknęła - Kocham Mamoru…

I szybko się z objęć Diamonda wyrwała. Wyrwała, bo jej pozwolił, rozłożył ręce i wstał ubierając spodnie.

- Twoje usta mówią ,,kocham Mamoru”, Twój umysł podpowiada Ci, że to co robimy jest złe, ale Twoje ciało lgnie do mnie. Dlaczego po prostu nie zapomnisz o Endymionie? Boisz się, że Mała Dama nie będzie istnieć w Kryształowym Tokio?

Usagi patrząc na Diamonda, rumieniec złapała. Spąsowiała jeszcze bardziej, gdy sobie uświadomiła, że sama leży tutaj w pełnej okazałości. Pośpiesznie, trochę nieporadnie się więc prześcieradłem okryła. Diamond w tym czasie poszedł do stolika nalewać wino.

- Mała Dama to moja córka, a jej ojcem jest Mamoru- Endymion, Książę Ziemi- powiedziała, szczelność prowizorycznego okrycia sprawdzając.

- Czemu jesteś taka pewna, że on jest jej ojcem?- zapytał, już z powrotem wracając.

Strasznie ją to zaskoczyło. Tak bardzo, że nic nie powiedziała, ogłuszona sytuacją.

- Wina?- zaoferował, wyciągając lampkę w stronę blondynki Diamond.

Neo- Queen Serenity wzrok ku niemu podniosła.

- Tak, proszę…

THE END

Translate