środa, 27 maja 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LV


- Nie możesz pozwolić się szantażować!- mówił Rubeus, gdy z Diamondem wchodził do wnętrza swojego mieszkania.

Białowłosy zatrzymał się, odwrócił i popatrzył na Rubeusa, ciągle jakby intensywnie zamyślony. Raptem ściągnął z niego wzrok i bez słowa przeszedł do drugiego pokoju. Był rozdrażniony, opanowywał to rozdrażnienie już dawno. Niemniej jednak dało się je zauważyć. Diamond bowiem nie wyciszył wciąż emocji po spotkaniu Ann, Ignacio i Fiore. Zresztą sprawa była zbyt ważna, by móc kamiennym spokojem emanować. Tyle dobrze, że się, jak zwierze w klatce nie miotał, a usiadł grzecznie, powoli na skórzanym fotelu. Rubeus zaś w tym czasie stał dalej, przy drzwiach wejściowych swojego mieszkania.

- No więc?- zagaił domagającym się komentarza tonem ognistowłosy.

- No więc co?- usłyszał z oddali niski głos Diamonda mężczyzna.

Opuścił ręce na biodra, głowę w bok odchylił i wargę u dołu przygryzł. Gwałtownie się zerwał i żywo ku Diamondowi ruszył.

- Tylko mi nie mów, że się poddajesz…- powiedział, zajmując miejsce vis-a-vis jasnowłosego Rubeus- Wynajmij detektywa, zawiadom Interpol… No, może Interpol nie, bo Interpol jest bardziej od przestępstw. Chociaż kto wie, co Usagi zrobiła, kiedy o dziecku się dowiedziała… Sprawdź szpitale, więzienia…

Mówił przy tym tak ekspresywnie, że siedzący, ze splecionymi jak do modlitwy dłońmi i schyloną ku podłodze głową, Diamond podbródek uniósł. Uniósł też jedną brew i kącik ust w mimowolnym rozbawieniu i poważnie dodał:

- ,,Rozwieś plakaty"…

Kiedy to wtrącił Rubeus zamarł, przestał mówić i gestykulować. Pełny tępej zgrozy wzrok powoli ustępował, tak jak i podszywająca werwę ognistowłosego niepewność, błagalność, powątpiewanie.

- Szpitale sprawdzałem. Więzień istotnie nie, ale może to dobry pomysł- kontynuował Diamond, już wyraźniej się uśmiechając.

Rubeus odetchnął lekko i wyciągnął rękę, żeby Diamonda po ramieniu poklepać. Następnie złożył przed sobą dłonie, plecy nieznacznie ugiął i spojrzał pytająco, wyczekując konkretnego odniesienia do problematycznej kwestii. I tym razem to Diamond przewrócił oczyma.

- No jasne, że się nie dam szantażować- odparł ręce za głowę przenosząc i ciało na oparciu fotela wspierając- Co Ty w ogóle świrujesz, nie znasz mnie czy co?

Rubeus znał go, niby bardzo dobrze, ale teraz, w takiej sytuacji, wobec tego wszystkiego… No i dziecko, Diamond zawsze chciał mieć dziecko, a Usagi… Bądź co bądź teraz, w spojrzeniu Rubeusa pojawiła się całkowita pewność i ostateczna, nieopisana ulga.

- Umysł mi się zmącił- skomentował wreszcie i sam się wygodnie na tylnej części kanapy oparł.

Siedzieli tak chwilę przed sobą w milczeniu, a twarze obojga znów skrajnej powagi nabrały.

- Jak to załatwisz?- zapytał, świdrując wzrokiem sufit Rubeus.

Diamond również świdrował sufit, tyle że z fotela naprzeciw.

- Ignacio jest osobnikiem gwałtownym i mściwym- mówił jasnowłosy, a Rubeus głową mu przytakiwał- Jest też osobnikiem majętnym i wpływowym. Ludzie, jak on mają wrogów…

Diamond umilkł, a jego twarz wyrazu stanowczości nabrała- był zdecydowany zagrać z Ann o swoje małżeństwo.

Ann jednak uważała, że gra już skończona. Zostało tylko przesunąć pionek na właściwe pole. Tak więc pełna triumfu, w oknie swojego pokoju, przy zgaszonym świetle i papierosie siedziała, snując rozważania. Jako mała dziewczynka odkryła, że dorośli biorą stronę tego dziecka, które z natury jest bardziej spokojne. Jako starsza dziewczynka odkryła, że dorośli robią tak też w stosunku do siebie samych, a jako nastoletnia pannica była już absolutnym mistrzem roli słodkiej, niewinnej i poszkodowanej. Grała swoją rolę od tak dawna i tak dobrze, że nikt by nawet nie pomyślał, że Ann Reiter może być inna, niż słodka, niewinna i poszkodowana. Dla niej samej z kolei bycie słodką, niewinną i poszkodowaną stało się drugim powietrzem. Nie potrafiła żyć bez bycia traktowaną, jak słodka, niewinna i poszkodowana. Wymagała bezwzględnego wsparcia dla wszystkiego co robi, myśli, chce, potrzebuje. Zawsze sprzyjały jej okoliczności i nigdy nie uczyła się na błędach, bo nawet jeśli jakiś wychodził to niespodziewanie zaczynał stanowić atut, narzędzie, kartę przetargową. Otóż np. ciąża. Zaszła w ciążę, ojciec dziecka zakochany po uszy- Gerald Walker, niby dziedzic ogromnej fortuny, szlachcic. Dziadek na wykończeniu, ojciec niestabilny psychicznie, więc Gerald prędzej prędzej, niż później wszystko zgarnie, o ile- właśnie, o ile sam dożyje, bo chorowity był niesamowicie. Ann nie chciała takiego mężczyzny, chciała kogoś innego i wtedy pojawił się Diamond, jak grom z jasnego nieba, niczym ucieleśnienie niezrealizowanego do tej pory marzenia, a że Ann swoje marzenia realizowała ze strasznie egoistyczną bezwzględnością to szybko zdecydowała pozbyć się głównej przeszkody- żony.

,,Żeby tylko mu ten wcześniejszy poród wmówić…”- myślała kobieta.

Zaciągła się jeszcze raz, rzuciła papierosa na parapet, przydeptała go i obcasem zgarnęła.

,,W razie czego będziemy już po ślubie. Wuj nie pozwoli mu wziąźć ze mną rozwód… A potem? Potem się zakocha. Przecież jestem taka urocza...”

poniedziałek, 11 maja 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LIV


Minęło parę dni. Di był potrzebny w Londynie. Wyjechał stamtąd nagle, wbrew planom, zostawiając mnóstwo spraw niezałatwionych. Tak więc czy chciał, czy nie to musiał do Europy, choćby na chwilę wrócić. Usagi z kolei jakby się pod ziemię zapadła. Nikt nie widział, nikt nie słyszał- poufnie oczywiście, bo zniknięciu żony Diamond wolał nie dawać rozgłosu. Szukał jej, szukał i nic. Nie znaczyło to, że w Tokio jej nie ma. Największe miasto świata stwarzało w końcu pewne możliwości. Jeśli Usagi uparła się na coś, przykładowo uparła się zaszyć w jakiejś  dziurze to mogła siedzieć tam aż do skończenia świata. Warunek istniał tylko jeden- rzeczona dziura musiałaby być luksusowa- przesłanka zawężająca, jakkolwiek niewystarczająco, ażeby z powodzeniem wszystkie luksusowe dziury w Tokio przetrząsnąć. I właśnie tutaj Diamonda coś dodatkowego trapiło. Mianowicie, Usagi nie mogła żyć bez pieniędzy, a żadnych środków do tej pory nie podjęła, nikt jej nie pożyczył i nie mogła mieć przy sobie dużo. Martwił się tym na dobitkę, już nie tyle o małżeństwo, co zdrowie Usagi, ale choćby rwał włosy z głowy to bezczynne siedzenie w Tokio nie różniło się niczym od bezczynnego siedzenia w Londynie. Zwłaszcza, że doszedł kolejny problem-Ignacio, który zaczął do niego z groźbami wydzwaniać. Ewidentnie Ann jego wylot jako ucieczkę potraktowała, doniosła Fiore, a ten Ignacio albo Ann sama bezpośrednio Ignacio i w efekcie Diamond miał tych troję na karku. I to był problem nr… niewiadomo który, bo gdy Diamond zdecydował się do Londynu wrócić przyszedł jeszcze jeden, a konkretniej to przyszła koperta- z podpisanymi papierami rozwodowymi i obrączką w środku. Wydawałoby się, że 11 h lotu to sporo czasu na jakieś dictum, ale białowłosy nie mógł zebrać rozproszonych myśli. Skąd Usagi wzięła papiery rozwodowe to wiedział- sam kazał je wysłał na adres domowy po ubiegłym opuszczeniu Tokio. Najwyraźniej wpadły w ręce Usagi dopiero teraz. Ale skąd Dania? Taki mały kraj, litości, gdzie tam Usagi- bardzo inteligentna, ale  jednak noga z geografii, wiedziała o Dani? Zawsze mogła chcieć znaleźć takie miejsce, które by mu do głowy nie przyszło. Zgadza się, nie przyszło, ale…

Diamond zmęczone oczy przetarł. Chwilę jeszcze trzymał dłonie na skroniach, a potem ręce opuścił i głowę do tyłu odchylił.

,,Nie ma jej tam…”- stwierdził, a w jego rozważania wdarł się głos kapitana samolotu: ,,Proszę zapiąć pasy, podchodzimy do lądowania…”

Całkowitemu rozjaśnieniu sytuacji nie pomogło przybycie na lotnisko głównej postaci dramatu- Ann, a oprócz niej też Ignacia, Fiore i Rubeusa. Ignacio i Fiore zdanie mieli już wyrobione, a z jakichkolwiek podejrzeń wobec Ann pozostawali wyzuci. Nie czynili więc żadnych prób uzyskania wyjaśnień o co tu naprawdę chodzi. Temat ten za to chciał koniecznie poruszyć Rubeus. Rubeus nigdy anielskim usposobieniem nie grzeszył i lubił wyrażać swoje poglądy. Poglądy Rubeusa były całkowicie z jego wyrazem twarzy sprzężone. Wyraz twarzy Rubeusa nie spodobał się Fiore, Ignacio reakcje Fiore podchwycił, a Ann… Ann przywołała grymas jak najsłodszego zidiocenia. Kładła rączkę na rękawie wuja, jakby chciała go uspokoić, ściskała dłoń kuzyna, jakby chciała powiedzieć, że wszystko w porządku, ona też zawiniła. Oczy Ann biegały między Ignacio, Fiore i jeszcze Diamondem, niby kojąco-ciepło, ale też histerycznie, z niemowlęcą niewinnością i dziecięcą obawą. Diamond przyglądał się im wszystkim badawczo, gaszony zdrowym rozsądkiem i zajęty rozmyślaniami. Podejrzenia drzwiami i oknami do jego głowy waliły, ale wspomniana czwórka najwyraźniej głośniej, bo raptem Diamond pełny nagany głos Ignacio usłyszał:

-… wziąć odpowiedzialność!

Mężczyzna przemógł wtedy zmartwiały bezruch.

- Czego Pan oczekuje?- zapytał spokojnie jasnowłosy.

Ignacio splótł dłonie, wstrzymał się chwilę i popatrzył Diamondowi w oczy.

- Oczekuję, Diamond-san, że zmienisz żony…

Diamond-san znów znieruchomiał, zaskoczony kompletnie.

- Zrobiłem mały rekonesans…- kontynuował starszy mężczyzna- dzięki czemu wiem, że nie masz z żoną dzieci. Podobno żona nie chciała. Ale to bardzo dobrze, tak jak i zresztą to, że się wam w ogóle nie układa… Mamoru Chiba?

Kiedy Ignacio imię Mamoru powiedział, marszcząc brwi w udawanej niewiedzy to Ann na chwilę, niestety tylko dla Rubeusa zauważalnie, triumfalnym blaskiem zalśniła.

- Chyba tak się nazywa ten kochanek żony. Dziwne, że gazety nic nie pisały…

Na twarzy świadkującego sytuacji Rubeusa mignął palący popłoch. Kamienny spokój Diamonda zaczynał powoli pękać. Rubeus widział tą zbita pięść i ściśnięte  kurczowo usta. Tylko tego brakowało, żeby jeszcze Ignacia pobił. Sam Rubeus, gwałtowny z natury, miał ochotę go pobić. I Ann też, kij z tym, że kobieta i na dodatek ciężarna. No ale musieli się opanować. Wiedział to też ,,najpierw robię, potem myślę” Rubeus. Sytuacja była poważna, nie należało dawać się ponieść nerwom, ale również szantażować.


poniedziałek, 4 maja 2015


18+

NARESZCIE MOJA


Książę przepadł, stracił głowę już dawno, ale dopiero teraz sobie uświadomiła, że nigdy nie będzie jej, jak nigdy nie był. Wszystko z winy tej Księżycowej Księżniczki, Neo-Queen Serenity tak dobrej, czystej i nieskalanej, że się aż Esmeraldzie niedobrze robiło. Nienawidziła jej ogromnie, szczerze i coraz bardziej. Chciała, aby zniknęła na dobre, pogrążona w chaosie, cierpiąc za wygnanie Bractwa Czarnego Księżyca i przywłaszczenie sobie serca jej Księcia.

- Wasza Wysokość, Endymion z pewnością po nią przybędzie- zauważyła, składając wargi w cynicznym uśmiechu- Ostatecznie mają zostać małżeństwem…

Wiedziała, że mówiąc to posunęła się zbyt daleko. Czuła rosnącą u Diamonda złość na nią, czyli tą która obraża Serenity i o niewygodnym losie przypomina. Samą Esmeraldę z kolei frustracja Diamonda też zirytowała. Rozłożyła więc wachlarz, chcąc zasłonić kwaśno wykrzywione usta.

- Esmeraldo- rzucił tonem, który wysłał dreszcze po jej kręgosłupie- Możesz wyjść…

Diamond wziął łyk karmazynowego wina, a zesztywniała na chwilę Esmeralda się ukłoniła.

- A, jeszcze jedno- dodał, odciągając lampkę- Nie wspominaj więcej imienia Księcia Ziemi w mojej obecności…

Jego głos był spokojny i uwodzicielski, poważny i zaostrzony równocześnie.

- Jeśli chodzi o Serenity to nie jesteś warta wymawiać jej imienia. Na przyszłość, nie każ mi się znów denerwować …

Paląca zazdrość w jej oku błysnęła.

- Tak, mój Książę, wybacz…- odparła, szczątkami woli, ledwo co dopadającą ją furię tłumiąc.

Zniknęła szybko, by móc pozbierać się gdzieś indziej, z dala od jego narowistego spojrzenia. Nie chciał jej, nie chce i dopóki Serenity nie umrze, ba, nawet jeśli umrze, to jej chcieć nie będzie.

Książę westchnął. Wziął kolejny łyk krwistoczerwonego wina, pozwalając płynowi palić gardło, jak ogień, pulsować w żyłach.

- Serenity…- szepnął.

Nie mógł żyć, widząc ją w ramionach innego, a zwłaszcza tego nic nieznaczącego Księcia Ziemi.

- Phyyy- prychnął i gwałtownie lampkę wina odłożył.

Myśl o Endymionie, choćby ta najdrobniejsza, jak czerwona płachta działała.

Wyszedł więc z sali tronowej i zaraz się u drzwi swojej komnaty pojawił. Tam była ona- przyszła Królowa Kryształowego Tokio, śpiąca spokojnie na jego poduszce, w jego łóżku.

- Serenity- mówił cicho, idąc ku niej.

Ale Serenity spała dalej. Wyglądała jak chińska lalka, ze swoją porcelanową skórą w długiej, białej sukni, na satynowym prześcieradle, między ciemnymi zasłonami łóżka. Jego oczy wędrowały wzdłuż ciała księżniczki, aż pociemniały wypełnione potrzebą, żądzą, głodem, pragnieniem. Rozpiął kaftan i rzucił na ziemię. Usiadł, a czas jakby się zatrzymał, gdy w oblicze śpiącej Serenity patrzył.

- Nareszcie moja- szepnął, strącając pasmo włosów z twarzy Serenity Diamond- Tylko moja…

Schylił się i delikatnie zaczął całować jej wyeksponowaną szyję, a smak skóry Serenity był słodki, słodszy niż wino, które pił niewiele wcześniej. Doświadczywszy tego zaczął pocałunkami schodzić niżej, tuż nad linię materiału osłaniającego piersi. Wtedy dziwne uczucie ciałem kobiety wstrząsnęło. Śniła, przyjemnie się uśmiechając. Widząc to w Diamondzie nowy ogień złości zapłonął.

- Nie pozwolę Ci myśleć o Księciu Ziemi- rzucił, tym razem głośniej- Zwłaszcza nie w takim momencie…

Mimo generalnego rozjuszenia, ze spokojem i ostrożnie ciało Serenity podniósł, tak, że jego nagiego torsu teraz dotykało. Rękoma sięgnął za nią, suwaka na plecach, który rozpiął, dzięki czas suknie do pasa ściągnął. Uwolnione piersi jego skóry dotknęły. Stały się twarde, co Diamonda prawie do szaleństwa doprowadzało. Nie mógł dłużej znieść tej tortury. Ujął sutek wargami, a Serenity jęknęła. Kąciki ust mu się w zadowoleniu uniosły, gdy ręką jej drugą pierś pieścił. Lubiła to, widział, że to lubi. Przyciągnęła go sama, ciałem zaczęła podświadomie ruszać, a on ją niemal pożerał. Uwolnił prawą rękę i nią suknię Serenity do kostek zwinął. Wracając, przesuwał palcami po wnętrzu jej ud i kiedy fałd między nogami sięgnął, kobieta gwałtownie powietrze złapała, oczy otwierając. Była zdezorientowania widząc, co się tutaj dzieje. Nieznany pokój, słabo oświetlony, łóżko z czarnym prześcieradłem, białe włosy w jej dłoniach, język Diamonda dotykający jej…

- Diamond?!- krzyknęła, ciało podrywając.

Mężczyzna popatrzył w górę.

- Serenity- powiedział zmysłowo, zbyt zmysłowo jak dla niej Księżę- Nareszcie się obudziłaś…

Nie wierząc jeszcze temu, co widzi księżniczka głową wstrząsnęła. Nie pomogło. Spróbowała w kolejnym odruchu wstać, ale Diamond pchnął ją na plecy.

- Chciałem to zrobić wieki temu, Kochanie- dodał, przysuwając się bliżej.

Serenity podniosła ręce, żeby jego ciało odepchnąć, ale bez skutku. Był dla niej za silny. Lewą dłonią trzymał jej lewy nadgarstek. Prawą podbródek chwycił, zmuszając, by w jego oczy patrzyła.

- Ty chory draniu…- syknęła, wrogo spoglądając.

Zawzięty wyraz twarzy wcale go nie zniechęcił. Przeciwnie, uważał, że jej pasuje. Upajał się tym jej pięknem, a ona znów ciałem szamotała.

- Zły pomysł, moja droga, zły pomysł- skomentował, przekornie, z uśmieszkiem, kręcąc głową na boki,na koniec poważniejąc i przestając- Im bardziej się opierasz, tym bardziej Cię chcę…

- Nie śmiej…- panicznie odparła kobieta- Diamond, nawet nie śmiej…

Niekontrolowany dreszcz jej ciałem wstrząsnął.

- Wiem, że też mnie chcesz- rzucił rozradowany tym, jak pod jego najdrobniejszym dotykiem zadrżała.

- Mylisz się- ripostowała głosem niepewnym, tkniętym namiętnym żarem z akcentem wszechogarniającej rozpaczy.

Teraz to już mu oczy, jak pochodnie płonęły.

- Obserwowałem Cię wiekami- jego ochrypły głos wdarł się do jej umysłu, niczym pomruk straszliwej bestii.

- Urosłaś do rangi… - zapauzował szukając właściwego słowa- …obsesji. Próbowałem dać sobie spokój, ale to okazało się być absolutnie niemożliwe. W tym życiu, tamtym czy przyszłym, po śmierci, na wieki, Ty Serenity. Jesteś, jak narkotyk. Nie mogę już dłużej, musisz być moja prawdziwie, nie tylko we śnie…

Umilkł i patrzył. Ona też milczała. Po chwili zawieszenia Diamond gwałtownie drugą rękę Serenity chwycił. Tym sposobem obie dłonie się przy bokach głowy blondynki znalazły. Jasnowłosy zaczął ją nagle z jakimś pierwotnym głodem całować. Ogłuszył ją tym całkowicie, spychając w kłębowisko myśli, uczuć, pragnień, powinności. Coś innego niż strach błyskawicznie urosło, osłabiając jej opór, coraz bardziej i bardziej, aż w końcu zupełnie. Zauważył to i zwolnił uścisk nadgarstków.

- Po prostu się zrelaksuj. Nie skrzywdzę Cię…- szepnął, opuszczając wargi i skubiąc jej ucho.

Obniżył głowę, ponownie smakując jej piersi, a zwolnioną ręką zaczął rozpinać spodnie. Kiedy Serenity pierwszy ruch wewnątrz siebie poczuła, jęknęła. Bolało, że aż zapomniała o wcześniejszej gotowości do wzywania pomocy. Zamiast tego zaczęła krzyczeć imię Diamonda z intencją, by przestał. Jednak nim się spostrzegła, wołała jego imię już bez tej intencji. Ból przeszedł w przyjemność, uczucie przyjemności ją przytłoczyło. Umysł próbował ściągać jestestwo Serenity na właściwe miejsce, lecz jakiś instynkt podpowiadał jej by nie wracał, został z ciałem, zapadł się w niemoralnie rozkosznej perspektywie. Zapadł się. Serenity oddawała pocałunki, chciwie przyciągała Diamonda. Jej oddech stał się urywany, źrenice rozszerzone i w końcu, z bezkresu doznań, omal się nie rozpłynęła. Przez długi czas potem, nie mogła myśleć, otumaniona intensywnością rozkoszy, a kiedy wreszcie mogła to żałowała, że może. Była przerażona- jak ona teraz spojrzy w oczy Mamoru…

- Zapłacisz za to- powiedziała wątpliwie, nawet nie krzyknęła - Kocham Mamoru…

I szybko się z objęć Diamonda wyrwała. Wyrwała, bo jej pozwolił, rozłożył ręce i wstał ubierając spodnie.

- Twoje usta mówią ,,kocham Mamoru”, Twój umysł podpowiada Ci, że to co robimy jest złe, ale Twoje ciało lgnie do mnie. Dlaczego po prostu nie zapomnisz o Endymionie? Boisz się, że Mała Dama nie będzie istnieć w Kryształowym Tokio?

Usagi patrząc na Diamonda, rumieniec złapała. Spąsowiała jeszcze bardziej, gdy sobie uświadomiła, że sama leży tutaj w pełnej okazałości. Pośpiesznie, trochę nieporadnie się więc prześcieradłem okryła. Diamond w tym czasie poszedł do stolika nalewać wino.

- Mała Dama to moja córka, a jej ojcem jest Mamoru- Endymion, Książę Ziemi- powiedziała, szczelność prowizorycznego okrycia sprawdzając.

- Czemu jesteś taka pewna, że on jest jej ojcem?- zapytał, już z powrotem wracając.

Strasznie ją to zaskoczyło. Tak bardzo, że nic nie powiedziała, ogłuszona sytuacją.

- Wina?- zaoferował, wyciągając lampkę w stronę blondynki Diamond.

Neo- Queen Serenity wzrok ku niemu podniosła.

- Tak, proszę…

THE END

poniedziałek, 27 kwietnia 2015



TE OCZY


Niebo rozciął potężny zygzak błyskawicy- oślepiająca jasność wypełniła zamek. Siedział na gałęzi drzewa przed pałacem, czekał. Obserwował ją, a burza szalała. Nowa fala deszczu gruchnęła akurat w murowany taras pałacu, gdzie stała. Stała jednak dalej, zaciskając palce wokół poręczy ażurowej barierki z piaskowca. Już dawno przemokła, mundurek strażniczki królewskiej oklapł. Ubranie kleiło się do ciała, skutecznie każde jego załamanie oblepiając. Kobieta wyglądała na rozbitą, bez nadziei, otępiałą. Z jednej strony była tak zdołowana, że niepodobna do Inner Senshi, zwyczajowo twardych. Miała jednak energię osoby niestrudzonej długą i ciężką drogą. To była druga strona- desperacko gromadzona, jakby ze wszystkich błysków i grzmotów siła, siła niepodobna do Inner Senshi, siła Księżniczki. I te oczy… Uważał, że wyglądała pięknie. Mokra jak szczur, rozżalona, nieobliczalna, ale piękna. Mógłby tak patrzeć na nią ciągle, aż do skończenia świata- jego stormy lady.

- Nephrite- głos przeciął powietrze jak stal, trafiając go z dokładnością.

Ciemność wydawała się chwiać, kiedy kolejna błyskawica rozdarła niebo.

- Już czas…- dodał oświetlony krótkim przebłyskiem jasności mężczyzna.

Nephrite zeskoczył z drzewa. Wykazał się przy tym dużo większą gracją, niż ta, o którą można by go podejrzewać. Niebieskie oczy generała błyszczały na tle ciemnego uniformu i nocnego nieba. Wykrzywił usta w grymasie, potem głęboko westchnął i schylił się, żeby sięgnąć swojego miecza. Trzeba było ruszać, Beryl wzywała. Nim odszedł to jeszcze raz popatrzył za siebie, na Jupiter, w te oczy- bezlitosne i łagodne, wściekłe i wybaczające, zmysłowe i dzikie równocześnie. Przez te oczy nie mógł się skupić, walcząc, bo stale je widział. Miał omamy do tego stopnia, że kiedy Jupiter zobaczył naprawdę, nie wiedział czy to już jawa czy wciąż tylko sen. Ale nie jawa, rzeczywistość- krew była na jego rękach, krew była na jej rękach, jego krew. Drżała, nie płakała, ciągle się powstrzymywała, ale on i tak widział łzy na jej policzkach. To te oczy… wszystko wyrażały- ból, cierpienie, troskę, wściekłość, przebaczenie, rozczarowanie. Błagały go, żeby jej nie opuszczał, trzymał ją i tu został, jak gdyby krzycząc ,,do diabła ze wszystkimi i wszystkim wokoło!” Było tam, w jej oczach, głębokie uczucie- uczucie do niego. Ale jakie uczucie? Miłość… albo nienawiść. Śmieszne, przecież to dwa różne słowa. A jednak nie wiedział i, o złośliwy losie, sam czuł coś podobnego. Nie miał więc pojęcia co czuje ona i co czuje sam. Cokolwiek to było, źle wróżyło i powinien spłonąć za swoje emocje na popiół- i spłonie. Nigdy nie płakał, ale teraz miał ochotę. Jeszcze by przy tym krzyczał, wściekał się i miotał, biegnąc do tych jej oczu. Co za głupie, ryzykowne i opętańcze uczucie nim próbowało zawładnąć. Chyba zwariował, tak, musiał zwariować, bo to wszystko stanowiło istne szaleństwo. W każdym razie już koniec, umierali, a jeśli się kiedyś spotkają znowu, zabije ją szybko. Dzięki temu nie zdąży mu w głowie pomieszać. Zaraz… Czy nie miał dzisiaj tak właśnie zrobić? Nieważne, pozbędzie się jej i tego uczucia. Gdyby tylko wiedział, co to uczucie oznacza i gdyby wiedział, kim ta Inner Senshi dla niego była…

Burza osiągnęła swoje apogeum. Wiatr chłostał, smagał bez ograniczeń, a deszcz bębnił głośno o bruk. Drzewa huśtały się z bezmyślnym entuzjazmem do symfonii grzmotów i błysków. Masato Sajouin usiłował przebić wzrokiem kurtynę rzęsistego deszczu. Bez niego i tak było ciemno na ulicy, ale ostatecznie mężczyźnie udało się znaleźć jakąś kawiarnię. Z trudem zamknął parasol, strząsnął nagromadzoną wodę, chwycił klamkę i wszedł do środka. W progu uderzył go zapach świeżo mielonej kawy, przyjemny dla ciała i ducha. Zachęcony silnym aromatem i widokiem zza okna, usiadł. Siedząc, zaczął pomieszczenie wzrokiem świdrować. Jako agent nieruchomości lubił oglądać wnętrza, nawet wnętrza małych kawiarni. Automatycznie oceniał, porównywał, kategoryzował- ot takie zboczenie zawodowe. A wnętrze było typowo japońskie, minimalistyczne, bez zbędnych dekoracji. Stół i krzesła prezentowały się nowocześnie, ale talerze i kubki, w kwiaty, sprawiały wrażenie antykwarycznych. Nad wejściem wisiała kamea z reliefem bogini góry Fudżi. Pośrodku sali stał zaś posążek Buddy. Ogólnie to ziemiste kolory dominowały, współgrając bezbłędnie z bielą ścian i nielicznych kanap. Całość oświetlały jedynie lampy, zawieszone po bokach, we wnękach. Masato Sajouin oglądał tą całość wnikliwie. Innymi słowy oglądał wnikliwie wszystko i siłą rzeczy, w końcu zauważył siedzącą samotnie przy stoliku dziewczynę. Była wysoka, ładna, miała brązowe włosy i nosiła szkolny mundurek z beżową spódniczką. Chyba zmokła, bo ubranie się jej trochę lepiło, ale, co bardziej ciekawe, wyglądała na wściekłą. Trzęsła się, ale nie płakała. I te oczy… Gapił się na nią jak ciele w malowane wrota. On, otoczony bez przerwy pięknymi, dojrzałymi, wyrachowanymi kobietami gapił się na zwykłą nastolatkę i jeszcze był nią kompletnie zauroczony.

- Śmieszne…- prychnął do siebie, wzrok w bok ściągając.

Ale wrócił nim na nowo, patrząc już całkowicie poważnie, niczym zahipnotyzowany. Do tego przeżywał swoistą incepcję- jak gdyby mu się wydawało, ze już mu się kiedyś wydawało, że zna ją doskonale. Niemniej przyszło jeszcze inne odczucie, tym razem świeże. Otóż chodziło o wrażenie, że jeśli teraz do niej nie podejdzie to nastąpi ,,koniec”. Nie umiał sprecyzować jaki ,,koniec”, ale wiedział, że tego ,,końca" nie chce.

- Mogę się dosiąść?- zapytał więc chwilę pójźniej szatynki Masato.



THE END

środa, 22 kwietnia 2015



BIAŁA RÓŻA

Rozdział LIII


Wyszło fatalnie, beznadziejne, niesamowicie okropnie. Diamond to wiedział i dlatego, po rozmowie z Usagi, szybko przyleciał do Tokio. Lot mu się dłużył, był praktycznie koszmarem. Musiał siedzieć biernie, nie mogąc nic zrobić i przez to intensywniej myśląc. A myśli i bezczynność go zabijały, powoli, stając się totalną udręką.

,,Di, nie przylatuj. To koniec…”- słyszał ciągle głos Usagi mężczyzna.

Głos drżący, zrozpaczony odtwarzał się mu w głowie niczym jakieś nagranie, bez przerwy. Szło wręcz zwariować. Zamknął więc oczy, twarz ku dołowi schylił i czoło na dłoni oparł.

,,Di, nie przylatuj. To koniec… Di, nie przylatuj. To koniec… Di, nie przylatuj. To koniec…”

Trzask. Ściśniętą dłonią mocno w kolano uderzył. Chciał już być na miejscu, wbiec do salonu, chwycić Usagi i powiedzieć, że nie pozwoli jej odejść. Zamiast tego…

- Jak to możliwe, że nikt nie wie gdzie jest moja żona!?- krzyczał, pretensjonalnie rozkładając ręce.

Miotał się bezwładnie po salonie, wściekły, między kanapą, na której siedziała płacząca Ikuko z obejmująca ją Ami, a fotelami, zajmowanymi przez całkowicie nieruchomą Makoto i refleksyjnie wyciszonego Safira. Ulokowana z boku oparcia kanapy Rei gwałtownie wstała, ręce pod biustem złożyła i parę kroków w stronę Diamonda zrobiła.

- To chyba najlepiej powinien wiedzieć jej mąż- skomentowała głosem dość sarkastycznym.

Diamond nie zamierzał jednak pozwalać na złośliwe drwiny. Jego twarz się spięła, brwi załamały, wzrok silnie wyostrzył.

- Zrobiłeś dziecko obcej babie!- nim zdążył skontrować, zauważyła.

- Nie zrobiłem…- odparł zajadle i po chwili umilkł.

- Tzn…- chciał zacząć na nowo, ale Rei mu w tym już przeszkodziła.

- Jasne, zrobiło się samo..- rzuciła lekceważąco, tonem wprost idealnym dla chłodnego wnętrza salonu rezydencji Kentaro w Tokio.

Diamond zaś ją taksującym spojrzeniem obrzucił. Chmury burzowe między tym dwojgiem zawisły. Rei czekała tylko drobnego pretekstu żeby wybuchnąć, a Diamond resztkami woli powstrzymywał cisnące się mu na usta słowa. Twarz białowłosego sporo chyba i tak wyrażała, bo Minako i Berthier, jednocześnie, porozumiewawcze spojrzenia sobie przesłały. Wtedy Aino zdecydowała zareagować.

- Uspokójcie się oboje- powiedziała, odgradzając Rei i Diamonda blondynka.

- Minako ma rację- przyznał, wychodzący zza pleców żony Mamoru- Ochłońmy i rozważmy wszystko na spokojnie.

Brunet bliżej Diamonda się ulokował, na co ten prychnął ironicznie i twarz w jego stronę obrócił.

- Co tu rozważać? Wyszła, jak stała, zniknęła, jak wyszła. Nie podjęła pieniędzy z konta, nie zarezerwowała żadnego biletu na swoje nazwisko…- mówił, a w jego głosie pojawiało się głębokie rozgoryczenie.

- Diam…- wyartykułował, pojednawczo kładąc dłoń na ramieniu jasnowłosego Mamoru.

Poza sylabę jednak nie wyszedł, bo Diamond, ni stąd ni zowąd, obsesyjnie i błyskawicznie, go za górę koszuli chwycił. Na ten gest podniósł się Safir, a reszta, wrzask i tumult dookoła.

- Może Ty wiesz gdzie ona jest, co!?- krzyczał, kurczowo bawełniany materiał ściskając Diamond.

- Co robisz?- dało się niemal jednocześnie Safira słyszeć.

Dopadł starszego brata i wtedy zadzwonił telefon. Wszystkie głosy naraz ucichły i wszyscy naraz, zostając, jak byli, znieruchomieli. Po pewnej chwili hipnotycznego transu, równocześnie, tknięci tą samą myślą, się w stronę aparatu zwrócili. Jednak to Diamond, puszczając Mamoru, runął do przodu i słuchawkę chwycił. Odetchnął głęboko, nic jeszcze nie powiedział, a sam już usłyszał:

- Wiedziałam, że tam będziesz Di…

Mówiąc to Usagi się uśmiechnęła i oczy przymknęła. Trzymała je tak cały czas, kiedy Di mówił, prosił, tłumaczył. Swoją drogą mówił, prosił, tłumaczył, a ona nic nie komentowała.

- Powiedz  coś do cholery Usagi!- wrzasnął ostatecznie mężczyzna.

Kiedy wrzasnął to łza policzkiem kobiety spłynęła.

- Możesz dać do telefonu Ikuko?- zapytała  koniec końców, wprost i wyraźnie, oczy otwierając blondynka.

Jasnowłosy osłupiał. W końcu on się tu produkuje, wyznaniami na prawo i lewo rzuca, a ona? Ona: ,, Możesz dać do telefonu Ikuko?” Nie był zadowolony, ale też nie wiedział jakie wzruszenie się gorącem po wnętrzu Usagi rozlało. Wściekle więc wargę przygryzł, głowę opuścił i milcząc, słuchawkę Ikuko podał.

- Rany Boskie, dziecko…- zawyła nagle kobieta.

Podczas rozmowy nic konkretnego nie powiedziały. Generalnie to nie była rozmowa, bo Ikuko jajczyła, a Usagi przepraszała ją i dziewczyny za nagłe zniknięcie. Diamond w tym czasie chodził nerwowo, tam i z powrotem, by wreszcie zdecydować telefon Ikuko odebrać.

- Usa, nie wygłupiaj się! Mów natychmiast gdzie jesteś. Przyjadę i porozmawiamy…

- Powiedziałam Ci…

- Powiedziałaś mi, że jeśli odetnę się od Ann to będziemy razem… Odcinam się! Słyszysz!? Odcinam się! Mogę wejść na dach Mid Town Tower i wykrzyczeć całemu światu, że się odcinam.

- Nie Di- odparła Usagi, kiwając zrezygnowanie głową- Ty się nigdy już nie odetniesz.

Di zamarł, autentycznie zamarł. Nigdy nikogo się o nic tak jeszcze nie prosił. Zrobił to po raz pierwszy, i guzik.

- Powodzenia na nowej drodze życia. Nie szukaj mnie. Koch…

Chciała powiedzieć, że go kocha. Nie powiedziała. Wcześniej się rozłączyła, a łzy zaczęły spływać w ilości niemożliwej do opanowania. To były łzy zrezygnowanego pogodzenia z losem. Pogodzona czy nie, cierpiała. Nie cierpiała tak wcześniej, nawet w połowie, nawet w jednej czwartej, ba- dziesiątej. Wszystko inne strapienia wydały się nagle śmieszne. Pamiętała jednak, że w tych innych strapieniach zawsze znajdowała oparcie. Złożenie głowy na piersi Diamonda i objęcie jego silnych ramion było takie pokrzepiające. Niemniej teraz stosunki między nimi umarły, a właściwie to powinny umrzeć i równie dobrze mogła szukać pociechy u kogoś innego-  zwłaszcza jeśli ktoś inny do złudzenia przypominał jej męża. Zbieg okoliczności był tak absurdalny, ze aż nieprawdopodobny. Najwyraźniej w świecie wisiało tu fatum, a Usagi zostawało nic, jak tylko się mu całkowicie poddać.

Siedziała teraz na patio domu Tory, przez stolikiem z szarą kopertą, w wiklinowym fotelu, otulona kocem. Pogoda zepsuła się rano. Było chłodno, mokro i nieprzyjemnie. Powietrze działało jednak otrzeźwiająco, a tego Usagi potrzebowała. Raptm Tora wyrósł jak spod ziemi, z dwoma kubkami parującej kawy. Położył je na stoliku, a Usagi w tym czasie łzy wierzchem dłoni otarła.

- Jesteś piękna nawet kiedy płaczesz, Usagi- mówił przyglądając się jej badawczo jasnowłosy.

Zajmował już wtedy siedzenie obok.

- Nie płaczę- odparła, zmuszając się do uśmiechu blondynka.

Tora na to brwi pytająco uniósł.

- No dobrze- zgodziła się zaraz dziewczyna- Płakałam, ale już nie będę…

Mężczyzna ze szczerym uznaniem pokiwał głową i wzrok gdzieś na bok chwilowo przeniósł.

- Wybacz, że nie wykazałem się większą kreatywnością, ale pilne interesy mnie tutaj trzymają. Kiedy je skończę….- głos zawiesił i spojrzeniem, teraz łobuzerskim wrócił- możemy lecieć np. do Brazylii.

Tym razem kąciki ust Usagi się zupełnie naturalnie podniosły.

- Nie mogę nadużywać Twojej gościnności- powiedziała, z kubkiem gorącego napoju w jednej ręce wstając- Zresztą, co by powiedziała Twoja narzeczona…

Kiedy łyk kawy Usagi zrobiła Tora mocno chwycił ją i do siebie przyciągnął.

- Myślę o Tobie poważnie- rzucił, upewniwszy się, że Usagi prosto mu w oczy patrzy.

Usagi patrzyła, słyszała, ale nie wiedziała czy się aby nie przesłyszała. Niemniej lekki dreszcz jej wzdłuż kręgosłupa przeleciał.

niedziela, 5 kwietnia 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LII


Kawa jej smakowała, atrakcje krajobrazu pochłaniały i czas minął bardzo szybko, niewiadomo kiedy. O problemie ,,Di- Ann- ona sama- niewiadomo co i kto jeszcze” starała się usilnie nie myśleć.  Przy Torze, paradoksalnie, jej to wychodziło. Konwersacja toczyła się więc gładko, na luzie, bez cudacznej serdeczności i zrutyniałych gestów, impulsywnie, naturalnie dla nich obojga.

- Zostaję do jutra wieczór- mówił siedzący naprzeciw Usagi Tora- Spotkasz się ze mną przed moim wylotem?

Kobieta znieruchomiała i po chwili, cicho, ale wyraźnie i z wolna odpowiedziała:

- Nie powinnam…

- Nie powinnam- powtarzała leżąc w łóżku wieczorem- Nie powinnam się widzieć z nim dziś i zdecydowanie nie powinnam się widzieć z nim jutro.

Ale chciała. Był dla niej ukojeniem, lekiem na złamane serce, albo nie- był jej Diamondem sprzed iluś tam lat, sprzed okresów chronicznych kłótni i ustawicznych problemów.

- Di…- z bezgranicznym żalem westchnęła.

Ręce miała złożone pod głową, a spojrzenie utkwione w sufit. Leżała tak półptrzytomnie, nie mogąc otrząsnąć się z kłopotliwych myśli. Całą duszą chciała, żeby wbrew wszystkiemu, jakoś, jakimś cudem zapewne, Diamond nie był ojcem dziecka tej żmijii. Chcieć sobie jednak mogła, bo fakty same zbyt wiele mówiły. Mimo to Usagi nadzieję hodowała. Nie, żeby była naiwna czy głupia, nie. Ona po prostu chciała Diamonda dla siebie i z tego chcenia w głębi jej serca urosła, o ironio, beznadziejna nadzieja. Nadzieja dawała jasnowłosej siłę, nadzieja i furia. Te dwa uczucia właśnie: beznadziejna nadzieja i dzika, wśiekła, pełna nienawiści furia, Usagi pomagały, bo inaczej doświadczony nadmiar utrudnień, oszczerstw, łgarstw i przekrętów mógłby ją zaprowadzić w stronę ośrodka dla nerwowo chorych.

,,Niewinną udawałaś, co? Moralną? Szlachetną? Bezinteresowną? Eh, ty piranio. Niech Ci ta niewinność ością w gardle stanie”- zaklinała żywo dziewczyna.

Jej wzrok się momentalnie wyostrzył, a twarz z wściekłości napięła. Rozpacz na chwilę miejsca agresji ustąpiła. To dlatego, że Usagi w myślach Ann przywołała. Potem przywołała Torę i oblicze jej złagodniało. Dłońmi przesunęła od tyłu głowy po oczy, które na koniec zasłoniła.

- Jestem straszna- mówiła głośno dziewczyna- Jestem egoistyczną zołzą, poczwarą, małpą, kretynką i nie wiem, czym jeszcze, ale wszystkim okropnym…

Miała ogromne wyrzuty sumienia z powodu spotkań Tory. Niemniej dzięki niemu o swoich koszmarach na jawie zapominała. Czuła się przy nim dobrze. Ba, biorąc pod uwagę obecną sytuację, czuła się świetnie. Ale to nie tak, że czuła się świetnie dzięki zwierzeniom. Ona się mu nie zwierzała. Zresztą nie o to chodziło, żeby znaleźć osobę do zwierzeń. Usagi miała się komu zwierzać, ale nie chciała. W ogóle wcześniej robiła to bardziej z przyjacielskiej solidarności, aniżeli jakiejś wewnętrznej potrzeby. Rei by się przecież śmiertelnie obraziła, gdyby Usagi jakieś ważne fakty zataiła. Istniała więc pewność, że obrazi się teraz, kiedy Usagi o teście Di na ojcostwo nawet nie pisnęła. Usagi jednak chciała mieć spokój. Dość jej było krzyków we własnej głowie, żeby jeszcze cudzych słuchać. Potrzebowała  wsparcia, ale nie osoby do wygadania. Chodziło o człowieka spoza tematu, który od tak, swoją prezencją, sprawi, że poczuje się lepiej. I wtedy z nieba zleciał jej Tora, który nie pytał, nie drążył, nie pouczał, nie żałował. Po prostu był i do złudzenia przypominał Diamonda. Mężczyzna wyzwalający u niej te same emocje, pociąg i ogień, tkliwość i wściekłość, potrzebę czułości i chęć mordu, jej drugi Di- Tora. Jakże ją jej uczucia nękały, stanowiąc swoiste wyrzuty sumienia wobec Di- za stosunek do Tory, wobec Tory- za wykorzystywanie jako substytutu Diamonda, wobec dziewczyn i Ikuko- za tajemnice. Gdyby jeszcze dodać aktualne problemy to wychodził z tego istny kociokwik. Nic więc dziwnego, że ciężko było Usagi zasnąć. Ale zasnęła.

,,Doprawdy jestem egoistką”- następnego dnia pomyślała, jakby reasumując swoje rozważania.

Właśnie była w pracy. Starała się zachowywać normalnie, tym bardziej, że Ikuko dziwnie na nią patrzyła. Chyba jednak ogólnym kłopotom jej stan przypisała. No ale, ostrożności nigdy za wiele i trzeba normalnie żyć. W ramach normalności Usagi wzięła nawet zaległą pocztę do przejrzenia w pracy. Nomen omen i tak nie zdążyła, bo zajęć sporo, a potem… Potem poszła na spotkanie z Torą.

Na spotkaniu było, jak dnia poprzednia, z tym, że Usagi się już nie przejmowała czy ktoś ją zobaczy. Miała przecież prawo przebywać z ludźmi, a co. Ogólnemu rozluźnieniu kobiety sprzyjało też pewnie sake, którego wczoraj nie piła. Gdy jednak telefon zadzwonił, a Usagi kto i o jakiej godzinie się dobija spostrzegła to strach ją za gardło chwycił. Przeprosiła Torę i odeszła ku wyjściu, śmiertelnie blada. Wiedziała, ze to moment, kiedy los jej małżeństwa zostanie przesądzony. Drżącą ręką więc odebrała i mimo, że się najgorszego spodziewała to słowa męża i tak były dla niej jak grom z jasnego nieba. Usagi nie wiedziała co robić. Świat dookoła zaczął wyglądać jak czarna, niepojęta otchłań. Dusiła się, musiała stamtąd uciec, znaleźć jakąś granicę, oparcie. Uczucie wielkiego bólu się po jej wnętrzu rozlało, gdy opętańczo schodami knajpy zbiegała. Widziała ciemność bez końca, szukała czegoś, żeby się wesprzeć, ale było nic, tylko ona. I raptem mocny zacisk palców wokół nadgarstka poczuła. Obróciła się i wtedy, trzymający ją, blondyn znieruchomiał. Miał przed sobą kobietę w stanie skrajnej rozpaczy, którą to ta kobieta usilnie próbowała opanować.

- Co Ty wyprawiasz? - pytał bezgranicznie zdumiony mężczyzna.

Usagi zaś jakby resztki równowagi umysłu straciła i objawów pomieszania zmysłów dostała.

- Tora, zabierz mnie stąd...-  mówiła, wolną ręką jego koszuli chwytając- Nie chcę być w Tokio. On tu przyleci, wszyscy będą mi perswadować, ja się zgodzę, bo chcę, żeby było, jak dawniej. Ale nie będzie, jak dawniej. Przez nią, nigdy nie będzie jak dawniej!

Usagi rzucała słowa szybko, niezrozumiale, chaotycznie, jakby w niej wszystkie tamy pękały.

- Uspokój się- mówił, przerażony jej nagłym obłędem Tora- I powiedz jasno: o co chodzi?

- Nie pytaj, błagam!- rozpaczliwie krzyczała blondynka- Tylko zabierz mnie stąd jak najdalej, gdziekolwiek, bo zwariuję…

poniedziałek, 23 marca 2015


BIAŁA RÓŻA

Rozdział LI


Zaskoczyło go to tak, że aż znieruchomiał. Tkwił chwilę, sztywno wyprostowany z  wyraźnie poszerzałymi oczami. Nie widział co myśleć. Doprawdy, dla niego, ta kobieta była interesująca.

- Tora-san?- usłyszał nagle swoje imię mężczyzna.

Obrócił się przez ramię w stronę, z której dobiegł go głos ciemnowłosej. Chiyo stała u wpół otwartych drzwi rozległego salonu. Tora zaś był dużo dalej, w głębi pomieszczenia, vis-a-vis ustawionej na środku sofy. Rozmawiał jeszcze z Usagi- że z Usagi, kobietą, którą widział dwa razy, a chciałby zdecydowanie więcej, oczywiście nie głosił. Niemniej kiedy narzeczoną przy wejściu spostrzegł to gestem uniesionej ręki pokazał, że sam zaraz do jadalni zejdzie. Chiyo zrozumiała i poszła, a Tora rozmowę ciągnął. Gdy skończył, obie ręce do kieszeni włożył. Z nieodgadnionym, enigmatycznym wyrazem twarzy ścianie naprzeciw się zaczął przyglądać. Raptem brwi opuścił, spojrzenie wyostrzył i powoli, powolutku kąciki warg sielsko uniósł. Tak wesół guzik marynarki zapiął i wyszedł, za Chiyo, do państwa Sakurai, którzy oczekiwali w jadalni swojej rezydencji na przedmieściach Kyoto.

Późnym popołudniem tego samego dnia Tora lądował już w Tokio. Wymówił się zawczasu wizytą u ojca, więc żadnych pretensji pod jego adresem nie było. Główny cel przylotu Tory do Tokio, w ogóle Japonii, stanowiła jednak Usagi. Mieli się spotkać pod pomnikiem Hachiko na stacji Schibuya. Usagi to zaproponowała bez namysłu, odruchowo- od takie przyzwyczajenie, bo wszyscy się tam umawiają. Tyle, że ona się tam pierwszy raz umówiła z Diamondem. Oh palące wspomnienie, ale trudno- słowo się rzekło, pod Hachiko to pod Hachiko.

Tora przyszedł pierwszy, Usagi tuż za nim. Miała włosy związane w kucyk, czyli całkiem inaczej niż zwykle, i zasłaniające pół twarzy, ciemne okulary. Tora, kiedy ją zobaczył to prychnął i się po swojemu uśmiechnął. Jej zaś na ten widok jakby zaczęło być lżej w środku. Z dziwnym uczuciem spokoju podeszła i przystanęła, nieco wyborem odpowiedniego sposobu witania strapiona. Nie była onieśmielona, nie Usagi, raczej skołowana, ale, że Tora, nim zdążyła powiedzieć ,,ohayo”, jej rękę chwycił to dalszego zastanawiania kompletnie oszczędził. Trzymając dłoń Usagi, w ukłonie zawisł i na twarz blondynki łobuzersko spojrzał.

- Czyżby słońce było dziś aż tak mocne, Usagi?- pytał z oczywistą ironią i wesołymi ognikami w oczach mężczyzna.

Na przekór wcześniejszym łkaniom i ogólnej beznadziejności Usagi się uśmiechnęła.

- Jeśli tak to nie zauważyłam- odparła, gdy jasnowłosy swoje usta, po szarmanckim pocałunku, od jej dłoni już cofnął.

Rękę blondynki niemniej wciąż trzymał. Na buzię dziewczyny przy tym ostentacyjnie patrzył, jak gdyby chciał przez okulary jej oczy dojrzeć. Koniec końców wolną dłoń uniósł, żeby zausznik chwycić, a wtedy Usagi rękę zerwała i w proteście, dłoń jasnowłosego do swojego policzka niechcący przyłożyła. Nagle, jakby impuls, wzdłuż ich ciał przeszedł. Poszerzyli oczy oboje, to było, niczym objawienie i gdy tak chwilę vis-a-vis stali, wpatrzeni z ujętymi dłońmi, czuli, ten prąd, który zaczął im się w różne strony ciała rozchodzić. Przerażona własnymi wrażeniami Usagi rękę cofnęła i głowę tak przechyliła, by Tora jej policzek puścił. Zrobił to, mało tego- puścił też drugą rękę Usagi i swoje dłonie do kieszeni wsadził. Akurat wtedy Usagi wzrok przechodzącej długowłosej spotkała. No i krzyżowy ogień spojrzeń miał miejsce: ona na Usagi, Usagi na nią, ona na Torę, Tora na nią, Tora na Usagi, Usagi na Torę, a kobieta poszła.

- Znasz ją?- pytał sucho mężczyzna.

Usagi przepraszający za wcześniej uśmiech na twarz przywołała.

- Z widzenia- odparła nadzwyczaj łagodnie dziewczyna.

- A ona Ciebie?- drążył, niby obojętnie Tora.

- Z widzenia- powtórzyła równie spokojnie Usagi, chociaż przez moment, sekundę, jasnowłosy błysk nienawiści w jej oku widział.

Patrzył więc teraz podejrzliwie na nią, i to patrzył tak, jak patrzyłby Diamond. W Usagi aż drgnęło. Mężczyzna to zauważył i się odezwał, krok do przodu, ku Usagi robiąc.

- Idziemy gdzieś na kawę? Herbatę, sake, szampana? Okonomiyaki?

Stał blisko, a ciepło, które od niego promieniowało przyciągało ją z wielką mocą.

- Właściwie…- zaczęła po słowie westchnąwszy- Chciałam Ci tylko podziękować i oddać pieniądze.

Usagi mówiła niezwykle trzeźwo, jak na kotłujące się w jej głowie myśli.

-  Daj spokój Usagi- odparł z przekąsem mężczyzna - Wiesz, że nie przyjechałem po to do Tokio, a Ty nie po to tu do mnie przyszłaś.

Usagi ciało na te słowa gwałtownie wyprostowała. Taka bezpośredniość, tak- nie mogła się nie uśmiechnąć po raz kolejny dnia dzisiejszego. Być może przed snem pozwoli rozpaczy jeszcze zawładnąć umysłem. Ale nie teraz, teraz ma swojego Di, Di bez Ann i Mamoru, Di bez problemów z teraźniejszości i przeszłości.

Translate